Czego uczą nas komedie romantyczne?



Często nie są niesamowitym wytworem, obrazem, który zgarnia wszystkie nagrody. Standardowo podbijają serca widzów w zupełnie inny sposób, dotykając tematu, który spędza nam sen z powiek. Komedie romantyczne mają na celu sprawić nam radość - na półtorej godziny rozbawić, odciągnąć od problemów, pocieszyć, pokazać inny świat, ukazać różne schematy. Ale spełniają też rolę edukatora tłumów - uczą czego nie robić, a co robić - czy tego chcemy czy nie.

Zainspirowana premierą "Planety Singli 2" zaczęłam się zastanawiać czego mnie nauczyła ta komedia romantyczna. Jaki schemat zachowań mi ukazała? Podczas prawie 2 godzinnego seansu śmiałam się i płakałam na zmianę (ze śmiechu), bo jak na komedie romantyczną (i to polską, i to jeszcze z Karolakiem) wyszło im to całkiem zacnie. Głupia historia Ani i Tomka (w rolach głównych Więdłocha i Stuhr) kończy się w pierwszej części "długo i szczęśliwie", jednak w drugiej widzimy, że idzie coś nie tak. Wcale nie jest tak pięknie i kolorowo, przede wszystkimi między nimi. Ale to co oni robią ze sobą, jak się traktują i jak docierają w końcu do finału, pokazuje nam dobre i złe zachowania. To samo się tyczy reszty podobnych, wszystkie nas bawiąc uczą, niekoniecznie dobrych rzeczy.

Warto nie rozmawiać 
Każda z Was na pewno to zauważyła, że w filmie najwięcej kłopotów sprawia to, że główni bohaterowie ze sobą nie rozmawiają. Nie potrafią się wysłuchać do końca, bo teatralnie wychodzą z pokoju/ hotelu czy wyjeżdżają z kraju. Nie chcą powiedzieć o swoich uczuciach, bo nagle, spada im meteoryt na głowę. I większość scenarzystów, o zgrozo, buduje swoje zwroty akcji właśnie na tym małym motywie. A my oglądając go, wiemy, że prawdopodobnie para głównych bohaterów już dawno by się zeszła, gdyby wysłuchała się przez 5 minut. Takie to proste, ale takie trudne do zobaczenia w filmie i na żywo też. Tego zdecydowanie nie róbcie w domu.
 
Wszyscy jesteśmy bogaci, nawet będąc studentami 
Często gdy ktoś jest studentem - mieszka w wielkim mieszkaniu, w centrum Warszawy. Ale najlepszy motyw zagościł w "Serce nie sługa". Postać grana przez Pawła Domagałe to casanova, ale nie do końca wiadomo czym się zajmuje na co dzień. Na tę chwilę stwierdzam, że jest aspirującym muzykiem, który od czasu do czasu pisze teksty piosenek dla lokalnego zespołu. Lokalnego to tutaj słowo klucz. A mieszka w wielkim mieszkaniu, w środku Gdańska, z widokiem na starówkę. I nie wiadomo z czego żyje, z czego ma na te wszystkie melanże i codzienne randki z kobietami, no nie wiesz. Wiadomo, że większość filmów tego typu nie trzyma się jakichkolwiek faktów i zasad. Student nie jest biedny, muzyk nie głoduje, a bezdomny nie jest wcale bezdomny. Życie bohaterów jest przekoloryzowane, przez co, wydaje nam się, że ich jedynym problemem jest nieszczęście w miłości.

Oni tak mieli, to i ja
W komediach jest pełno zwrotów akcji, których my nie do końca rozumiemy. Główni bohaterowie najczęściej albo (jak wyżej) nie rozmawiają ze sobą, spotykają na swojej drodze kogoś nowego, chorują, wyjeżdżają, ktoś im umiera, oni umierają,  rodzi się dziecko, ich drogi się definitywnie rozchodzą. Wszystko jest bardzo skrócone i wyolbrzymione. Była taka komedia romantyczna (teoretycznie oparta na faktach) "The Vow" ( z Chaningiem Tatumem i Rachel McAdams), gdzie główna para (już dawno po ślubie itd) ulega wypadkowi, w skutek którego ona traci pamięć. Są już małżeństwem, a ona pamięta wydarzenia sprzed 8 lat - jak była jeszcze studentką prawa i była zaręczona z innym gościem. Oczywiście jej mąż próbuje od nowa rozkochać w sobie żonę, ale marnie mu to idzie, bo ona zdaje się być zupełnie inną laską. I gdy on coraz bardziej ją napiera, naciska - ta ucieka, rozwodzi się. Finalnie oczywiście do siebie wracają, ale trwa to trochę czasu. Czego to nas uczy? Prawdziwa miłość przetrwa wszystko. Nie zawsze tak jest. Kiedyś koleżanka mi powiedziała, że kobiety tłumacząc sobie zachowania facetów używają przykładów "koleżanki" lub z filmów. Moja koleżanka tak miała i wrócili do  siebie potem. Tak było tam, w tym filmie, pamiętasz? Problem polega na tym, że to koleżanka, a nie Ty.  To film, a nie historia z życia wzięta. Film stworzony na potrzeby rozrywki, nawet jeśli przypadkowo oparty na jakiś faktach, a życie to nie film. Nie dajmy się zwariować.

Na wszystko nas stać i wszystko możemy
I ten moment, kiedy główny bohater w końcu zdaje sobie sprawę z tego jak zjebał i leci na złamanie karku na lotnisko. Kupuje bilet nawet do Tajlandii (5 tysięcy złotych, halo!) i dostaje się przed odprawę i potem dalej by złapać swoją ukochaną przed wylotem do Stanów czy bóg wie gdzie (tutaj przytoczona scena z "To właśnie miłość"). Daje jej całusa i odchodzi. Ona potem za nim leci i się z nim żegna i wszystko jest super. Powiedzmy sobie szczerze - takie rzeczy się nie dzieją naprawdę. A jeśli się dzieją, to wszystko przez scenarzystów takich komedii romantycznych. Pamiętam jakiś taki tekst z jakiegoś serialu "Nie kocham Cię aż tak bardzo by wyjeżdżać po Ciebie na lotnisko" i wszystko jasne. Łatwiej nam zadzwonić, napisać, niż zrobić coś tak dużego. Nie stać nas na "wielkie gesty" (grand gestures). A kobiety kochają takie momenty i co najgorsze oczekują ich od mężczyzn. Wysyłanie kwiatów, pościg na lotnisko, tajemnicze czekoladki i tak dalej. Najważniejsze w tym wszystkim jest to, że to jest możliwe. Ale nie zawsze jest nas na to stać - emocjonalnie i fizycznie. Jednak to miłe i fajne - pamiętajcie.

Warto się poświęcać i zaryzykować
Idąc podobnym tropem co wyżej, ten główny bohater już kupił ten bilet do Tajlandii i nawet jeśli tam nie poleciał, to w końcu pocałował swoją wybrankę. Inny natomiast musiał swoje własne ego schować do kieszeni i przyznać się błędu. Jeszcze inny musiał się przekonać, że może ją stracić by w końcu uzmysłowić sobie jak bardzo jej potrzebuje. I tak dalej i tak dalej. Ten rodzaj skutków jest akurat dobrym przykładem dla społeczeństwa, bo pokazuje, że oddając kawałek siebie (a czasami kawałek swojego portfela) możemy zyskać coś znacznie cenniejszego. I warto zaryzykować - czasami - niż siedzieć i się zastanawiać nad rozlanym mlekiem, wyrzucać do śmieci, zaprzepaszczać i potem żałować.

Żyli długo i szczęśliwie
Pamiętam jak po raz pierwszy oglądałam "La La Land" i pomyślałam sobie, że to zakończenie jest tak totalnie dla płaczliwych kwok, które nie mają co robić w domu oprócz sprzątania i prania. Stworzone tylko po to, by zwrócić na siebie uwagę. A potem, jak obejrzałam to drugi raz stwierdziłam, że to wcale nie jest nieszczęśliwe zakończenie. Fakt, główni bohaterowie nie są ze sobą, ale oboje spełnili swoje marzenia - ona została super aktorką, a on założył swój bar. Jak było pokazane na końcu, gdyby ze sobą zostali, któreś z nich na pewno byłoby nieszczęśliwe, finalnie. On by nie miał baru, ona kariery aktorskiej. Uwielbiam szczęśliwe zakończenia i mam wrażenie, że głupia komedia romantyczna bez nich jest już trochę dramatem. Oczywiście po nim zawsze jest jeszcze coś. Jak myślicie, co Kopciuszek robił po ślubie z Księciem? Rodził mu dzieci, kłócił się czy śpiewał na polance do końca swych dni? Nie wiemy i czasami lepiej nie wiedzieć.To jak wyobrazimy sobie "długo i szczęśliwie" to już nasza sprawa, ale pamiętajmy, że miewa ono różne oblicza w rzeczywistości.

A przede wszystkim - uczą nadziei
To nie jest tak, że robienie ich jest totalnie bez sensu. Dlatego też nie będę recenzowała komedii romantycznych. Do każdej technicznie mam jakieś "ale". W "Planecie Singli 2" Kamil Kula był drewnem, fabuła zamiast na głównej parze, skupiła się na wątkach pobocznych, a kostiumy były super. W końcu film rozrywkowy ma to do siebie, że ma dostarczać rozrywki, a nie być obrazem o niebywałych walorach artystycznych. Wiadomo, musi być miły dla oka - to bohaterowie mieszkają w pięknych mieszkaniach i są ładni. Musi opierać się na interesującej historii - więc dużo jest w niej niedomówień, dialogi są pocięte, bohaterowie ze sobą nie rozmawiają, a potem spektakularnie się rozchodzą i schodzą. Są kwiaty, pocałunki, seks i wielkie wyznania miłości. Jest puenta, jest zakończenie - szczęśliwe czy dające do myślenia. Może zbałamucić, ale może też dać wiele nadziei, zabawy i radości. I o to w tym wszystkich chodzi.

Źródło zdjęcia: filmawka.pl

Niech żyje Freddy!


Jestem osobą słuchającą rożnego rodzaju muzyki. I na moim Tidalu (tak, rodzina Tidala piąteczka!) możecie spotkać rożne gatunki muzyczne. Rozckliwiam się przy indie popie, a tańczę do starych kawałków Abby, jednak moje serce zawsze jest przy klasycznym, starym R’n’b. Jak to czasami bywa, z dzieciństwa pamiętam jak moja siostra katowała wszystkie kawałki Queen. I puszczała, wedle rodzinnej tradycji, na cały regulator, tak żeby każdy sąsiad usłyszał. Wszystkie albumy układała uważnie na półeczce z płytami. Zawsze chciałam mieć taką, póki nie wymyślono serwisów streamingowich, które pokrzyżowały mi plany. Dlatego też do filmu o Freddym Mercurym podeszłam z rezerwą laika, który nie tylko nie słuchał w życiu z pasją Queen, ale też nie zna całej tej historii. I pewnie wiele fanów będzie mnie chciało w tym momencie zabić, ale cóż, podobno sukces zaczyna się od zaangażowanych haterów.

Freddiego albo Farrokha, poznajemy w czasie rodzinnej kolacji, w której trakcie on wychodzi do klubu. Rodowity Pers, o dosyć oryginalnej urodzie, wybitnie wychudzony poszedł właśnie na koncert kapeli Smile. Z tej natomiast tego samego wieczoru rezygnuje wokalista, a Freddy postanawia zaproponować zespołowi współpracę. Krótko prezentuje swój wielki talent i prawie natychmiast, zostaje do zespołu przyjęty. Oczywiście tak naprawdę nie było, co okazuje się być pierwszym, z wielu, naciągnięć historii w filmie. Tak serio, to wszyscy poznają się gdzieś na uczelni, po czym nazwę zespołu zmieniają na Queen. Dla ścisłości - nie czuje się kompetentna do tego by opowiadać Wam tę historię, taką jaka była, bo pewnie większość z Was doskonale ją zna. Natomiast ta przedstawiona w filmie jest połączeniem fantastycznej muzyki, suto zakrapianych imprez, tragicznej miłości, zwrotów akcji z wytwórnią w tle jak i zapierających dech momentów podczas tras koncertowych. Nie mógł z tego nie powstać dobry film, nawet troszeczkę ponaciągany.

„Bohemian Rhapsody” nie jest biografią zespołu Queen. Twórcy zręcznie pominęli stado szczegółów, które pewnie wielcy fani nie będą mogli im wybaczyć. Jest to raczej klasyczny portret Freddiego, na którym opiera się cała fabuła. To z nim podróżujemy przez tę historię. Nie brak w niej dzięki temu wielu barw, które posiadał w swojej osobowości Mercury. Jestem zachwycona też zręcznością, jaką twórcy mieli w opowiadaniu jej. Widz, nawet największy ignorant, nie znudzi się biegiem wydarzeń, który powstał właśnie dzięki małym przekłamaniom. Często w portretach czy biografiach zostajemy zarzuceni za dużą ilością szczegółów, przez co film staje się ciężki. Tutaj dostajemy dokładnie tyle, ile powinniśmy. Widzimy w tym filmie momenty, w których Freddy z wychudzonego Persa staje się legendą muzyki. Momenty, w których w końcu zakochuje się w sobie i postanawia żyć lepiej dla siebie. Stało się to największym przełomem nie tylko w karierze wokalisty, ale także w jego życiu. Odrzuca największą swoją największą miłość - o dziwo kobietę - dla ich obopólnego szczęścia. Śledzimy też momenty podczas których powstają największe hity zespołu - np tytułowe Bohemian Rhapsody. Ta scena, mimo patetyczności, wyszła lekko idiotycznie jako jedyna. Ale wybaczam, bo film wciąga do tego stopnia, że prawie 3 godzinny seans jest jak mrugnięcie okiem. Mija i zastanawiasz się: dlaczego to już koniec?!

Portret oprawiony jest w świetne kostiumy - które odpowiadają tamtym czasom i stylowi Freddiego. Nie miałam nawet czego się przyczepić. Twórcy bardzo postarali się w tej kwestii, oddając faktyczny stan rzeczy, tym razem nie przekłamując i tworząc kolorowego ptaka z tamtych czasu. Więc Macademian Girl może się schować, drugiego takiego samego nie będzie. Tak samo też stało się ze scenografią. Ale największa pochwała idzie oczywiście do Rami Maleka, który postać Freddiego oddał fenomenalnie! Każdy ruch, mimika twarzy, emocje sprawiały wrażenie, nawet nie znając Mercurego, że wręcz ożył na ekranie. Non stop się też zastanawiałam, czy aktor sam podjął się śpiewania wszystkich piosenek, czy tak świetnie wyszło mu ruszanie ustami? Nie znalazłam tego w żadnej, nawet zagranicznej recenzji, więc jak na razie wychodzę z założenia - że tak, świetnie mu szło ruszanie ustami do odtworzonego głosu Freddiego, za co prawdziwe chapeau bas.

Film, nawet jeśli trochę ponaciągany tu i ówdzie, niczym 50-letnia Grażyna idąca na kolejną porcje botoksu, ma w sobie coś niesamowitego. Ja miałam ciary na całym ciele oglądając go, a przy okazji cały czas tupałam nóżką. I to ruszałam tak, że Pan obok był zniesmaczony. Równie dobrze mogłam wyjść na środek i sobie potańczyć, to wyszłoby na to samo. Film zrobiony świetnie, więc na pewno zasługuje na salwę nagród - w szczególności dla głównego aktora, ścieżki dźwiękowej i kostiumów. Nawet jeśli jesteś totalnym ignorantem wobec muzyki Queen i lubisz słuchać Zenka Martyniuka, możesz bez obaw na ten film pójść. Ta historia jest tak dobrze zrobiona, że warto! Polecam!

Szatańskie przygody Sabriny



Halloween to moje ulubione nie-święto, od lat. Pamiętam jeszcze jak nie było takiej tradycji imprezowania w ten dzień i ludzie, nie tłoczyli się tak w klubach. Jednak parę lat temu nawet my, najwięksi katolicy na świecie, ulegliśmy tradycji świętowania Halloween. Teraz widzę na ulicach przebranych od stóp do głów ludzi, latających jako jednorożce czy wampiry. Sklepy od Halloweenowych dekoracji wręcz pękają, a propozycji filmów i seriali nie ma końca. Netflix w tym roku zaserwował nam nową wersję historii Sabriny Spellaman, w mieście, w którym Halloween jest codziennie.

Wszyscy ją dobrze znamy i pamiętamy. A przynajmniej ja, bo to był jeden z moich ulubionych seriali, gdy byłam młoda i piękna. Sabrina, 16 letnia dziewczyna w dniu swoich urodzin dowiaduje się, że jest czarownicą. A jej kot umie mówić, a jej ciotki przez lata ją okłamywały. Serial był komedią, sitcomem i każdy odcinek zamiast dużo strachu dostarczał nam jedynie dużo rozrywki. Teksty Salema do dzisiaj cytują memy i różne screeny z seriali. Ja zaśmiewałam się z nich do rozpuku. Dlatego było mi niezmiernie miło słyszeć, że Netflix podjął się odświeżenia tego kotleta. I to w fajnym, przerażającym klimacie.

W "Chilling Adventures of Sabrina" Sabrina Spellman dobrze wie, że jest czarownicą. Wychowywana przez dwie ciotki, stare panny przygotowuje się do przejścia na złą stronę mocy. W końcu musi wybrać, czy chce na zawsze zostać mieszanką śmiertelniczki i czarownicy, czy dołączyć do Kościoła i służyć Mrocznemu Panu? Jednak jej silne więzy ze światem ludzkim powstrzymują ją przed tą decyzją na początku, a potem sprawa zaczyna się komplikować. Ktoś bardzo chce, żeby Sabrina jednak podpisała Księgę Bestii, odkryła swoją ciemną stronę i poddała się jej. 

Serial nie ma prawie żadnego związku ze swoim starszym bratem. Obraz utrzymany jest w mrocznej stylistyce. Nawiązuje do wielu horrorów - tych z zombie, "Egzorcysty" czy "Dziecka Rosemary". Ale nie jest bardzo straszny. Ja oglądając go sama, w ciemny pokoju nie bałam się ani przez chwilę. A ostatnio na horrorach umieram ze strachu. Jest to na pewno serial dla młodszych widzów, więc ilość strachu jest tutaj świetnie wyważona. Ten "strach" bardziej trzyma w napięciu, niż w ogóle jest na jakikolwiek sposób straszny. Jestem najbardziej zafascynowana kostiumami i scenografią, która twórcom wyszła fenomenalnie. Na każdym etapie i w każdym odcinku jesteśmy świadkiem powstawania świata, który jest tak dobry jak Harry Potter i tak samo fascynuje. W końcu dodano do niego postać, którą kochały miliony i dano jej świat, który jest w końcu jej wart. Zastosowano pełno ciekawych, ale niezbyt zaawansowanych efektów specjalnych - co jest na plus. Strasznie nie lubię seriali, w których wiadomo, że mamy czary, ale jest ich tak dużo, że praktycznie są one wykorzystywane non stop by zaciekawić widza. Tutaj były w sumie od święta. Sabrina nie przenosiła krzeseł i nie otwierała słoików swoją nadprzyrodzoną mocą, jedynie wskrzeszała zmarłych. 

Fabuła jest dosyć zakręcona. Zastosowano formę sinusoidy, w której mamy bardzo dużo wątków. Otóż, kończąc jeden happy endem, twórcy rozpoczynają drugi, zupełnie inny, po czym w odcinku finałowych pokazują skutki ich wszystkich. Mamy wiele wątków pobocznych, jednak wszystkie są bardzo dobrze wyjaśniane i praktycznie, powiedziałabym, wychodzą na przeciw do tego najmłodszego widza. Każdy pokręcony element świata Sabriny zostaje wręcz definicyjnie nam wytłumaczony. Jeden odcinek trwa ponad godzinę, więc jest wiele momentów, w których ziewasz. Ale nie dlatego, że jesteś znudzony, tylko że trwa to może o ciutkę za długo. Ciutkę. 

Kiernan Shipka jako Sabrina Spellman jest o wiele lepsza od swojej poprzedniczki. Obie miały inne zadania, ale Kiernan wykonała swoje na dużą 5 z plusem. Czasami miałam wrażenie, że jest trochę młodsza od swojej postaci, jednak granie wychodziło jej świetne. Potrafiła się wkurzyć, zapłakać i pokazać, że jest jej kogoś szkoda. Reszta młodej i starszej obsady, mimo, że mało znana, poradziła sobie równie dobrze. Oddano niesamowity klimat czarodziejskiego świata Sabriny Spellaman w stu, a nawet dwustu procentach. Widać to nie tylko w scenografii, ale także w dialogach. Na miłość Szatan! Dopracowano najmniejsze szczegóły, dzięki czemu - nawet jeśli wiemy, że jesteśmy w serialu w 2018 roku - mamy wrażenie, że wszyscy tam są nie z tej epoki. 

Stworzono w końcu świat, w którym można się zakochać - i to nie tylko dla najmłodszych, ale też dla tych starszych. Jak na adaptacje starego komiksu i odnowę serialu, o którym już dawno wszyscy zapomnieli, jestem zachwycona. Jest to zrobione na takim samym poziomie jak Seria Niefortunnych Zdarzeń czy Riverdale. I chociaż, Netflix - nie umiesz robić Marvelowskich seriali, więc proszę rób te, w których jest mrocznie. To wychodzi Ci bezbłędnie.

A tak przy okazji: Wszystkiego Strasznego!

Ocena: WARTO, na Halloween! 
Źródło zdjęcia: sopitas.com

Siedem składników miłości



Swoją niedzielę zaczynam kawą, a kończę filmem, który rozpoczął się pewnym cytatem. I nie chodzi o ten cytat, który teraz wszyscy wspominają w recenzjach, o 5 tysiącach dni i 400 godzinach, tylko ten o siedmiu uczuciach. Że Witold Osiatyński żałuje, że w dzieciństwie nie nauczyli go korzystać, odczuwać i radzić sobie z siedmioma podstawowymi uczuciami. I dopiero wtedy, gdy docieram do końca filmu, chwyta mnie to za serce. Bo nie wiem czy Was nauczono, jak z nich korzystać? Jak je wyrażać? Bo na pewno nikt nie pokazał tego Adasiowi Miauczyńskiemu, a szkoda. 

Marek Koterski nakręcił w swojej karierze wiele dobrych filmów, m.in kultowy już "Dzień świra" czy "Wszyscy jesteśmy Chrystusami". Ten drugi był mocniejszy od tego pierwszego, ale większość z nich ma w sobie cechę wspólną: postać Adama Miauczyńskiego. Zawsze granego przez innego aktora, będącego w innym momencie swojego życia i z innymi przemyśleniami. Filmy nie łączą nam się w logiczną całość, więc polecam nie próbować ich jakkolwiek ze sobą spajać. W tym roku, po wielu latach Koterski nakręcił kolejny film o niesfornym Adasiu.

W nowym obrazie - "7 uczuć" - poznajemy historie Adasia Miauczyńskiego z jego, prawie, najmłodszych lat. Historie, w której mamy troskliwą mamę, denerwującego starszego brata oraz agresywnego ojca i szkołę, w której Adaś przeżywa swoje pierwsze wzloty i upadki. Głównym zabiegiem, którego dokonał Koterski było osadzenie w rolach wszystkich dzieci - dorosłych. I w taki sposób 10 letnich kolegów brata Maiuczyńskiego gra m.in. Cezary Pazura, a miłość Adasia - Gosie - Katarzyna Figura. Zabieg ten wyszedł śmiesznie i karykaturalnie, sprowadzając tym samym role rodziców do tego samego poziomu, na którym są dzieci, co udało się Koterskiemu. Oprócz poziomu postaci - nie ważny jest w tym filmie czas, miejsce, najważniejsze stają się uczucia między bohaterami i to jak oni na siebie wpływają. 

Pierwsze sceny filmu to istne pocztówki z dzieciństwa Adasia Miauczyńskiego. Cudna scenografia i bardzo dobrze dobrane kostiumy zostały owinięte w przedziwne dialogi. Miałam momenty, w których czułam się tak, jakby oglądała teatr telewizji na TVP. Możliwe, że to wszystko przez wprowadzenia narratora, który chodzi za bohaterami krok w krok, nie dając im pola do popisu. Ale z drugiej strony mamy też dziwny język - który miał wyjść naturalnie, a wyszedł tak trochę przerysowanie. Dialogi pełne błędów - stylistycznych i gramatycznych - sprawiają, że tym bardziej czuje się jakbym siedziała przed deskami teatru, bo wszystko wydaje mi się wyjęte z jakiegokolwiek realizmu i staje się abstrakcją. Scenarzysta zastosował też masę monologów - o życiu, śmierci i teorii względności, które jeszcze bardziej podbijają moje wrażenie. I się wtedy zaczęłam zastanawiać, czy faktycznie warto było oddawać tę historie na wieki ekran? 

Z jednej strony było warto. Koterski umie po prostu robić dobre filmy, które potrafią nas uwodzić. Jest jak taka czarownica, która w kotle umie wymieszać dobry wywar na miłość. Najpierw leje wodę i daje do niej Adasia, czyli historie, którą lubimy i do której jesteśmy w jakiś sposób przywiązani. Potem dodaje do tego bardzo wykwalifikowaną ekipę aktorską. Nawet Karolaka, który tutaj - mimo, że się prawie nie odzywał - udowodnił całej Polsce, że potrafi grać. Na prawdę GRAĆ. Następnie sypie troszkę kontrastem - młodszych aktorów robi rodzicami, starszych dziećmi. Dodaje do tego szczyptę swojego dobrego humoru - scenę, w której ojciec jednego z dzieci goli się w przezabawny sposób mieczem. A na koniec - dosypuje kawał inteligencji. Obudowuje fabułę cytatami, monologami i mądrymi przemyśleniami. Chwyta nas za serce w tym najbardziej czułym punkcie - we wspomnieniach naszego dzieciństwa. Oczywiście nie jest to doskonały przepis na film, bo z drugiej strony - jest on przemądrzały i przesadzony. Są w nim sceny bez których byłby on sto razy lepszy, albo i nawet mądrzejszy. 

Film nie odpowiada na pytanie jak korzystać z posiadanych przez nas od zawsze siedmiu uczuć. Nie odpowiada też na pytanie jak odzyskać te wszystkie dni, które skradło nam dzieciństwo, a których nie pamiętamy. Nie dowiemy się z niego, dlaczego Adaś Miauczyński jest jaki jest, ale możemy się tego domyślić. Czy to film śmieszny, czy tragiczny, a czy może filozoficzny - na to pytanie musicie sobie odpowiedzieć sami, oglądając go. Dla każdego z nas będzie inny, ze względu na rożne typy dzieciństwa, które przeżywaliśmy.

OCENA: Warto!
Źródło zdjęcia: multikino.com

Jak poznać Venoma?



Przed każdym filmem wszystkim fanom towarzyszy prawdziwy dreszczyk emocji. Co tam będzie, co pokażą? W szczególności po ostatnich Avengersach, oglądamy każdą nową produkcję Marvela z istnym skupieniem i pytaniem: co dalej z naszymi bohaterami? Natomiast "Venom" nie tyle nie odpowiedział na to pytanie, nie ruszył tematu ani o milimetr, to nie dał się nam w ogóle poznać.

Wiem, że może za dużo wymagałam od tej produkcji. Napaliłam się jak Grażyna z małej miejscowości na nowe kozaczki z licowej skórki. Myślałam, że będą piekne i błyszczące, bo w końcu tyle w tym marzeniu było emocjów! A okazały się sztuczne i matowe. A Venom miał być filmem klasycznym, z historią o symbiocie (tak widzieliśmy to już gdzieś w Spidermanie), wręcz już legendarną postacią z Uniwersum, która nie zrobi nic więcej, a rozgromi kina. No i ten Tom Hardy! A zamiast zrobić wrażenie, pozostawił po sobie nic. Bo ja nie wiem o czym był ten film i kim tak naprawdę jest Venom, jeżeli nie tylko wkurzającym glutem.

Eddie jest wziętym reporterem, jest też zaręczony z piękną, acz sztywną Annie (Michelle Williams). Jednym wywiadem niszczy życie swoje i swojej ukochanej - traci prace, ją, mieszkanie, wielu przyjaciół i pozostaje z niczym. Tymczasem, w głębokiej dżungli rozbija sie rakieta przewożąca symbioty z pewnej małej planety (gwiazdy czy czegoś) i ucieka z niej jeden, najbardziej wredny członek klanu. A reszta zostaje poddana testom - zaczynają je łączyć z ludźmi. Eddie dostaje wtedy cynk jak odzyskać honor, rodzinę (i tak jakby też ojczyznę) i włamuje sie do laboratorium szalonego typa, który te gluty sprowadził na ziemie. Próbując uratować koleżankę, staje się nosicielem nadgorliwego, prawie śmiesznego gluta imieniem Venom. Ot Ci historia.

Technicznie trochę się w tym filmie zgadza. Mamy świetne efekty specjalne, które momentami naprawdę są godne podziwu, całkiem dobrą scenografię i kostiumy. Realizacja Venoma jest w porządku, chociaż dla mnie momentami była zbyt komiksowa. Fabularnie jest to film zrobiony bez żadnych emocji. Każda scena czy rozpoczęty wątek jest gdzieś nagle urywany i pozostawiany sam sobie. Złoczyńcy wcale nie są złoczyńcami, bo o tym, że są źli dowiadujemy się gdzieś na samym końcu. Z całkiem dobrej historii, zrobiono sieczkę dla 6 latków. Brakuje krwi, brakuje głupich żartów, brakuje ducha rodem z Deadpoola, zdecydowanie. Brakuje mądrego scenarzysty, który opatrzy produkcje fajnymi dialogami, ciągiem przyczynowo skutkowym jak i rozwinięciem postaci, do którego nie idzie się nie przyczepić. Tym jestem najbardziej rozczarowana. Bo nie jestem w stanie powiedzieć Wam, tak na 100% żeby nie skłamać, kto jest w tym filmie fajny, a kto nie. Bo nikogo nie poznałam! To było tylko takie przybicie piątki z bohaterami i nic więcej.

Kreacje aktorskie wcale nie ratują filmu. Michelle jest okropnie drewniana, ma przyklejony uśmiech i nogi. Jej nogi we wszystkich scenach to jest jakiś dramat, tak jak jej mimika. W życiu nie widziałam równie sztywnej postaci. Zastanawiałam się cały czas, jakim cudem ma tworzyć z Hardym dobraną parę, jak czuć, że oni się po prostu nie lubią? Na ekranie i po za nim. Hardy jakoś daje rade, jego wielki talent został tutaj nie wykorzystany. A te przepychanki z Venomem wyszły mało zabawnie. Najczęściej wyglądało to tak, jakby rozmawiał z głosem, który został puszczony bokiem na głośniku. Nie miało to większego sensu, jak i nie fascynowało. Nie pokazano w sumie, jak ta relacja się rozwinęła, dlaczego się polubili, a dlaczego nie. W sumie to ja nic o niej nie wiem. 

Tak się ciągle zastanawiam, dlaczego w ogóle ktoś ten film nakręcił, skoro chciał zrobić nam średni seans. W sumie wcale się nie ubawiłam, nikogo nie polubiłam, jedyne co - to zjadłam chrupki i paczkę jakiś tam nowych płatków śniadaniowych, i wyszłam z kina. Pewnie zapomnę o tym filmie w przeciągu następnych paru godzin gdy skończę pisać ten tekst. Bardzo jest mi przykro, że ktoś na w górze, na Mervelowskiej planecie zapomniał o tym, że historia z symbiotami to historia straszna, przerażająca, więc powinna być horrorem. A nie filmem dla 5 latków. Mam natomiast nadzieje, że po pierwsze - Wy nie zmarnujecie 35 zł i nie pójdziecie do kina, a po drugie - że druga część nie powstanie. A jeśli powstanie - to że ktoś ją bardzo dobrze przemyśli zanim wejdzie do kin.

OCENA: lepiej zostać w piżamie i włączyć sobie M jak Miłość
źródło zdjęcia: onet.pl