Jak Parys musiał mieć Helenę



Historia stara jak świat, tylko może trochę przeinaczona. Grecja, 1200 rok p.n.e, syna pewnego pasterze Parysa odwiedzają trzy greckie boginie - Hera, Afrodyta i Atena. Parys ma wybrać, której z nich podaruje złote jabłko w zamian za dar. On wybiera Afrodytę, która sprawi, że pozna najpiękniejszą kobietę na świecie. To dopiero początek historii, która zakończy się końcem żywota tysięcy ludzi w starożytnej Troi. A chodziło tylko o kobietę.

Wszyscy znają tę historię. Koleś przypadkowo spotyka książąt trojańskich, a potem okazuje się, że sam takim księciem jest. Podobno porwały go wilki, a tak naprawdę chcieli go zabić, bo ciąży na nim poważna klątwa. Ma doprowadzić do końca chwały Troi. Parys - czy tam Aleksander - po powrocie na królewski dwór rusza ze swoją pierwszą misją dyplomatyczną, do Sparty. Tam poznaje jej króla - Menelaosa i jego żonę - najpiękniejszą z najpiękniejszych - Helenę. Zauroczony urodą młodej królowej, traci rozum. Gdy król wyjeżdża na parę dni, ten pakuje kobietę w skrzynie i wywozi do Troi. Po powrocie Menelaos zamiast siedzieć bezczynnie, ściąga wszystkich swoich sojuszników i braci by odzyskać żonę i zabić zuchwałego Aleksandra. Podczas gdy oni się zbierają, Aleksander zawiera związek małżeński z Heleną i planuje z nią przyszłość. Jednak wojna już się zaczęła i szybko się nie skończy. A oni nie będą żyli długo i szczęśliwie.

Greckie mity mają to do siebie, że trudno jest je odtworzyć na ekranie. Ta trudność polega na tym, że bardzo łatwo się potknąć na szczegółach. Czy to są szybkie walki, za duża ilość efektów specjalnych, nieścisłości w historii, źle ukazani bogowie, złe kostiumy czy za dużo kolorów. Twórcy serialu "Troja: Upadłe miasto" na początku postanowili trzymać się faktów, które przedstawiał Homer. Bardzo ładnie ukazali greckich Bogów - Zeusa jako Afroamerykanina (nie wiadomo dlaczego) i jego córki-żony jako zarozumiałe boginie. W serialu wyszło na to, że Ci Bogowie mają niesamowitą moc. Odpowiadają na prośby swoich poddanych za każdym razem oraz ich chronią. Było to całkiem dobre posunięcie scenarzystów, by wykorzystać obecność Bogów greckich jako tego "nadprzyrodzonego" faktora. Na pewno urozmaiciło to walki, gwałty i krzyki głównych bohaterów. Natomiast na początku nie rozumiałam dlaczego sceny walk są tak powolne. Jeden ruch mieczem zajmował im pół sceny, a ja już zdążyłam ziewnąć i zasnąć. Potem uświadomiłam sobie, że zbroja i miecz to nie były lekkie narzędzia, a niekiedy ważyły dziesiątki kilogramów. Więc jeśli aktorzy dostali prawdziwe artefakty, podniesienie ich mogło być problematyczne. Twórcy serialu wyszli w ten sposób faktom na przeciw, chociaż nie do końca.

Ta cała historia jest przesiąknięta brakiem honoru, rozumu i jakiegokolwiek pomyślunku. Czytałam w trakcie oglądania parę interpretacji historii, że to wszystko było ukartowane przez Bogów Greckich, bo Trojanie za bardzo się rozmnażali. I pewnie dlatego serial był też równie denerwujący. Miałam parę razy ochotę zadusić bohaterów, chociaż scenarzyści zrobili to później za mnie. Nie zmienia to faktu, że serial nie należy do najwybitniejszych. Widać w nim ogromny wkład finansowy jeśli chodzi o charakteryzacje, natomiast jest on kręcony w dwóch miejscach - w zamku Trojańskim oraz lasach w okół Troi. Akcja nie przenosi się zbytnio w jakieś odległe krainy i nawet nie powinna. Wszyscy są non stop brudni, pewnie śmierdzą i wydarzają się tam wszystkie akty okrucieństwa jakie mogą być.

Serial (i ta historia) ukazuje wszystkie złe oblicza miłości - jej zachłanność, zuchwałość, zarozumiałość i upór. Nawet jeśli była wielka, to żadne z nas nie chce jej doświadczyć w takiej formie. W takiej miłości nie ma miejsca na ustępstwa, chociaż wypadałoby poświęcić ją by uratować tysiące istnień. A przynajmniej tak zrobili by prawdziwi bohaterowie. Film był dużo lepszy, bo nie jest tak strasznie rozciągnięty, a sceny walki (mimo, że mało realistyczne) to tak nie męczą oka. Jeśli macie coś innego do roboty w te ostatnie kwietniowe dni, to obejrzyjcie sobie Kubusia Puchatka, zamiast kolejnej adaptacji wojny trojańskiej.

Ocena: nie warto
Źródło zdjęcia: digitalspy.com

Lara Croft skakała, ale też rozwoziła jedzenie

 

Bajka, którą opowiadali wam ojcowie na dobranoc, pamiętacie? Ja nie pamiętam, bo najczęściej zasypialiśmy przy filmie. Nie było wtedy już czasu na żadną opowiadaną bajkę. Lara Croft też nie pamięta, bo największa bajkę ojciec postanowił jej zostawić w testamencie.

Jeśli pamięć macie dobrą, na pewno oglądaliście Angeline Jolie jako Larę Croft w starym Tomb Riderze (2001). Ona była ikoną. Przez wiele lat łatka silnej, zimnej i niezależnej kobiety nie mogła z niej zejść. To właśnie też wtedy poznaliśmy prawdziwy talent Jolie, za który pokochała ją publika. Nie zmienia to faktu, że rola Lary sprawiła, że Angelina przez całą swoją karierę grała wiele podobnych postaci. Czy była agentką w "Ms&Mrs Smith" czy uciekała z Johnnym Deppem w "Turyście". Aż dziwi mnie, że nie postanowiono dać jej jeszcze raz szansy, by naprawiała błędy z przeszłości.

Ale Angelina nie jest już taka gibka, bo podobno trochę się rozpada, a jej urok dawno minął. Koleżanka ze Szwecji zastąpiła ją na miejscu Lary Croft i poradziła sobie całkiem nieźle. Czytałam przed pójściem do kina, że same treningi zajęły jej 6 miesięcy. Nie da się ukryć, szóstka Veidera musiała być powtarzana wielokrotnie, bo powstał z niej niezły kaloryfer. Lara także skacze, pnie się i podciąga jak prawdziwy kaskader. Widać, że Alicia Vikander rzadko pozwalała sobie na to, by ktoś ją zastąpił w trudnych scenach, więc wyszło to całkiem wiarygodnie. Lara w jej wykonaniu jest zbuntowana, silna i niezależna, ale nie jest już zimna. Nie ma charakterystycznego stroju ani dwóch wielki splów (to chyba zostawili sobie na następną część). Nie jest oderwana od rzeczywistości - jej jedynym zajęciem nie jest skakanie po dżunglach w Ameryce Południowej, Lara też rozwozi jedzenie.

Nie mogę jednak przeżyć tego, że nie było tam żadnej nadprzyrodzonej mocy. Czułam się tak samo zawiedziona jak przy końcówkach Indiany Jonesa, kiedy ten odkrywa, że magiczny kamień nie jest wcale magicznym kamieniem, tylko po prostu - kamieniem. I wtedy czujesz taki ścisk w brzuchu, który kręci i już wiesz, że nie wyjdziesz z kina z uśmiechem od ucha do ucha. Ja lubię sci-fi, może dlatego, jak ktoś mi zapowiada wybuchy i magię na ekranie, a tego nie ma, ja jestem prawdziwie rozczarowana. Mimo krzty goryczy, muszę przyznać, że pierwszy raz scenarzyści odpuścili sobie dodawanie bezsensownych wątków. Chociaż szukałam, czekałam cierpliwie, to ich nie było. Żadnego romansu w łodzi na środku najniebezpieczniejszych wód świata ani w dżungli. Nic, za co wielki plus.

Nowy, lśniący Tomb Raider jest bardzo miły dla oka. Logiczny, z ciągiem przyczynowo-skutkowym. Młodszy widz, który nie miał okazji oglądać pół nagiej Jolie, może się wkręcić w historię nowej Lary. Jednak Alicia jest trochę za słodka, ale ma niesamowity talent, który nadrabia, to czego brakuje w jej nieskazitelnej twarzy.

Po końcówce wnioskuję, że ciąg dalszy nastąpi. Ale o tym już nie decydują scenarzyści, tylko wyniki oglądalności.

Ocena: Warto, dla porównania

Źródło: popsugar.com

5 filmów Netflixa, po których będziesz rzygać tęczą
















Tutaj możecie być szczerzy, lubicie komedie romantyczne! To tak samo jak ja. Mam zły dzień i gdy już skończą się wszystkie części Iron Mana, wracam do starych komedii romantycznych. "Jak stracić chłopaka w 10 dni", "Love Rosie" czy "Miłość i inne komplikacje". Nie uwierzycie, ale ciągle wracam do durnego filmu z Katherine Heigl "Och, życie" i rozczulam się nad końcówką za każdym razem. O co chodzi w komediach romantycznych? Dają nam nadzieje, ale o tym dużo nie będę pisała, bo dla każdego jest to inny rodzaj nadziei. Nie muszą być prawdziwe, ani pokazywać rzeczy, takie jakie są naprawdę, tylko muszą być słodkie. Jeśli więc, chcecie się porzygać czasami tęczą na Netflixie, to musicie obejrzeć tych 5 pozycji, koniecznie.

1. Nowość

Aplikację randkowe. Powinnam już dawno napisać książkę o tym, ale najpierw dam szanse filmom. "Nowość" to ciekawy przypadek pary, która poznaje się na aplikacji, chce się spotkać na seks, ale zostaje ze sobą na dłużej. Po jakimś czasie napotykają różne problemy, które wynikają z tego, że chcą by ich życie było ekscytujące, za każdym razem. Chcą spotykać ludzi w barze, kochać się na środku plaży, kupować jachty i za każdym razem się zakochiwać. Ale jak już się zakochali w sobie, wydało im się to niemożliwe. Po otwarciu związku, nic już nie było takie samo. Ten film był wyjątkowo wciągający. Przy okazji takich historii zawsze związuje się z parą bohaterów. Jednego lubię bardziej, drugiego mniej. Patrze, czy ja też bym się związała z takim chłopakiem. Oceniam, chociaż nie powinnam, bo ekspert ze mnie żaden.

2. SPF-18

Tajemniczo na Netflixie napisali, że to dramat romantyczny. Nie powiedziałabym. Grupa znajomych wyjeżdża do domku na plaży. Jest wśród nich pewna para, która bardzo jest w sobie zakochana. Nagle spotykają tam tajemniczego muzyka, który dostaje mandat za spanie na plaży. Przygarniają go, a ten wyrywa gospodarzowi dziewczynę. W ciągu paru dni okazuje się, że ich dotychczasowe życie zostaje wywrócone do góry nogami. Nic już nie jest takie samo, jak było, gdy wchodzili do tego domu. Przypuszczam, że drinki także smakują inaczej, a powietrze pachnie bazylią. Trochę się wynudziłam, bo historia została rozciągnięta na maksa. Przypominała hipisowską opowieść o dzieciach kwiatów, które przy ognisku śpiewają pieśni pochwalne.

3. Po prostu być

Gdyby to był ranking, on by się znalazł na ostatnim miejscu. Jeśli macie młodsze rodzeństwo, dajcie im to do obejrzenia, na pewno będą zachwyceni. Jeśli jednak nie macie, może lepiej zostawić ten tytuł w świętym spokoju? Myślę, że Justin Bieber jest zaszczycony, że jego życie inspiruje tysiące scenarzystów na całym świecie. Film "Po prostu być" opowiada historie młodego muzyka, który w wieku 17 lat jest międzynarodową gwiazdą popu. Jak się możecie domyślić, nie ma swojego życia. Jego agenci chcą by wracał do byłej dziewczyny, która też jest gwiazdą. Przynajmniej na pokaz. Między jednym, a drugim koncertem wymyka się z busa i spotyka dziewczynę. Ona nie wie kim on jest (dziwne), a on jest tym zachwycony (jeszcze dziwniejsze). Zdziwię was, gdy powiem, że spędzają ze sobą parę dni i się w sobie zakochują? Na pewno nie. Dosłownie, porzygałam się tęczą.

4. #realityhigh

To jest najprostsza, amerykańska historia. Nastolatki w liceum, miłość i walka na mediach społecznościowych. Kiedyś było to dla mnie straszne, że życie istnieje tu i tam, ale teraz to chleb powszedni. Jeśli nie ma Cie w social mediach, możesz równie dobrze nie istnieć. Bohaterka tego filmu przekonała się o tym boleśnie. Ale najpierw było słodko - poznała chłopaka, w którym się zakochała. On jest gwiazdą szkoły, chodził z najpopularniejszą z lasek, która dziwnym trafem jest bardzo popularną blogerko-youtuberką. Wiecie, o co mniej więcej chodzi. Gdy dziewczyna chce się zemścić na nowej sympatii swojego byłego, sprawy wymykają się spod kontroli. W tym filmie, dramaty przybierają wiele form, a różnym interpretacjom nie ma końca. Oczywiście, wszystko dobrze się kończy, ale czego się tutaj innego spodziewać?

5. Udanej rocznicy

Film jest o normalnej parze, chłopaku i dziewczynie, którzy przechodzą kryzys "3 lat". O tym kryzysie nie mówi się szeroko w mediach, ale podobno coś takiego istnieje. Dziewczyna nie jest szczęśliwa w związku, co sprawia, że chce sobie zrobić przerwe. Jak każdy taki film, jest oparty na wielu retrospekcjach. Pokazują tam, jak było im dobrze podczas pierwszego roku związku, jak się kochali, śmiali i tak dalej. Nie ma w tym filmie nic zaskakującego, przez ponad godzinę oglądamy całkiem miły dla oka obrazek. Jednak nie związujemy się z postaciami nawet na chwilę, miałam nawet wrażenie, że nie znamy tych postaci. Znamy ich związek, ale to tak jak w życiu - nie przyjaźnimy się z parą (nawet jeśli, to wyjątek potwierdza regułę), tylko z konkretną osobą. Powiem wam, że nie jestem też zaskoczona końcówką. Była dla mnie całkowicie obojętna. Nie uroniłam ani jednej łzy, jedynie westchnęłam z nudów.

Te wszystkie krótkie recenzje i tak nie zmieniają  faktu, że nadal będę sobie to robić. Tracić czas na głupie filmy w imię chwilowej przyjemności. To tak jak z czekoladą...Ups!

Źródło zdjęcia: netflix.com

Seria Niefortunnie wspaniałych odcinków Zdarzeń
















Traktuje ten tekst bardzo osobiście. Bo to moja ulubiona książka z dzieciństwa i wszystkie jej części przeczytałam przynajmniej dwa razy, a dedykację na początku każdej z nich znam na pamięć. Na dobrą ekranizację czekałam prawie 10 lat, a film, który wszedł do kin X lat temu był strasznie słaby. Pierwszy sezon wchłonęłam na jednym wdechu, praktycznie ze łzami w oczach. I już wiedziałam, że w końcu nadszedł ten moment, gdy ktoś zrobił coś dobrze, postarał się i trzyma się to kupy.

Pamiętam jak książkę zdarzało mi się czytać pod kołdrą z latarką do późnych godzin nocnych. To są te momenty, gdy żałujecie, że w ogóle musicie iść spać. Historia sierot Baudelaire jest na tyle wciągająca, że spanie to ostatnie rzecz, jaką chcecie robić. Chcecie przeczytać to wszystko by dotrzeć do szczęśliwego zakończenia, dowiedzieć się więcej o sekretnej organizacji albo w końcu doczekać śmierci Hrabiego Olafa. I właśnie dlatego, gdyby ktoś się pytał, słabo mi poszły testy gimnazjalne.  Zamiast uczyć się biologii czy matematyki, bardzo dokładnie studiowałam historie sierot.

I prawie udało mi się zapomnieć o całej sprawie oblanego (prawie) testu, wszystkich moich nieudanych szkolnych sprawdzianów jak i o serii niefortunnych zdarzeń, w której uczestniczyły sieroty, aż tu nagle Netflix ogłosił w 2016 roku, że wydaje serial. Moje serce praktycznie wyskoczyło z klatki piersiowej, a oczy się zeszkliły. I do tego skład: Neil Patrick Harris w roli Hrabiego Olafa. Myślę: coś niesamowitego! Gość ma niesamowitą aparycję, sporą zdolność do transformacji, a w wykrzywianiu twarzy jest najlepszy na rynku. Do tego nowi, dziecięcy aktorzy, którzy nie będą burzyć żadnej konwencji swoim wizerunkiem lub poprzednimi rolami. Dopełnieniem ma być mroczna scenografia. Zapowiadało się wyśmienicie.

Ale zanim w ogóle zaczniecie oglądać, bez czytania książki, powinniście wiedzieć by nie traktować niczego w tym serialu zbyt poważnie. Seria tych zdarzeń jest kompletnie przypadkowa, a wszystkie występujące w niej postacie są do szpiku kości... głupie. Może dlatego, że dzieci nie są przez dorosłych traktowane serio, więc ukazane jest to ich oczami. Dlatego też, jeśli nie rozumiesz czarnego humoru, lepiej, żebyś nie zaczynał w ogóle oglądania. Wszystko jest na tyle przesiąknięte durnymi, sytuacyjnymi żarcikami, że czasami aż boli mnie serce z irytacji, więc podejrzewam, że człowieka bez poczucia humoru zaboli podwójnie. Nic w tym serialu nie kończy się dobrze, a zdaje się, że jest co raz gorzej i nie ma zamiaru się wcale poprawić.

Pierwszy sezon jest niesamowity. Przepiękna scenografia każdego miejsca, post apokaliptyczna i punkowa rzeczywistość lat 50-60 XX w. (tak naprawdę to nie wiadomo jaki jest rok) plus świetni kostiumy, które odgrywają w tym serialu główną, kluczową rolę. Nadaje to cały bieg i klimat historii, dzięki czemu wszystko jest takie, jakie sobie wyobrażałam. Działo się dokładnie to samo, co w książce, dlatego prawdziwi fani są zachwyceni. Natomiast drugi sezon jest znacznie przyśpieszony. Wynika to prawdopodobnie z tego, że reszta książek jest już o wiele bardziej szczegółowa i tragiczna. Sieroty były już ścigane przez policję i Olafa, a żywot uciekinierów nie jest łatwy. Akcja serialu została na maksa skrócona i zbita do paru połączonych ze sobą scen. Widz ma wrażenie, że w życiu sierot Baudelaire mijają 3 dni, a z tego co pamiętam, to w ciągu całej serii mija parę lat. Kostiumy i scenografia są jeszcze lepsze i mroczniejsze. Rzeczywistość jest tragiczna, a historia dosyć niefortunna.

Ja się mogę denerwować, że historia skończyła się źle. W końcu jestem uzależniona od szczęśliwych zakończeń, prawie tak samo jak od czekolady i nic niestety z tym nie zrobię. Może też dlatego ta książka zapadła mi tak w pamięć. Nie mogłam nic zrobić, żeby pomóc jej bohaterom. A z serialem jest to samo - nic nie zrobię ze skracającą się fabułą i scenariuszem. Nie zmienia to faktu, że uwielbiam te dwa dzieła i nie oddałabym ich w żadne inne ręce niż Netflixa.

Trzeci i ostatni sezon za rok.

Ocena: WARTO, jeśli liczysz się z okropnym zbiegiem wydarzeń

Źródło zdjęcia: gamingshogun.com


Zabójca Gianniego Versace
















Na drugi sezon serialu American Crime Story czekaliśmy ponad rok z zapartym tchem. Gdy świat usłyszał o jakim zabójstwie będzie obraz, poruszeni nie tylko zostali fani poprzedniej serii, ale także cały świat mody. Zabójstwo Gianniego Versace było jednym z najgłośniejszych morderstw końcówki XX wieku. Projektant został zabity przed własnym domem w Miami Beach przez seryjnego mordercę. I nie był to przypadek.

Gianni Versace nie był tylko jednym z najbardziej popularnych projektantów mody XX wieku. To on ubierał największe gwiazdy popu, rozsławił wiele modelek, dał nowe życie przepychowi, który wcześniej kojarzony był z tandetą. Był wizjonerem, ale także gejem uwielbiającym szlajać się po klubach. Tam też poznał swojego przyszłego zabójcę - Andrew Cunnanana.

Serial stał się bardzo popularny zanim jeszcze odbyła się jego premiera. Wszystko przez to, że twórcy zadbali o dobry PR, który trochę nas okłamał. Przez większość czasu mieliśmy wrażenie, że będzie on o Giannim, Donatelli i tym, jak doszło do tego, że został on zabity przed własnym domem. Na to pytanie odpowiedzieliśmy sobie już w pierwszych minutach pierwszego odcinka i zastanawialiśmy się - co dalej? Po prostu twórcy zapomnieli dodać, że głównym bohaterem nie będzie Gianni ani moda, tylko seryjny zabójca, który był iście ciekawą postacią.

Andrew Cunnanan, bo o nim mowa, był młodym chłopcem i chyba tylko brak wiary we własny siły sprawił, że zaczął zajmować się prostytucją. Mieszkał i zabawiał się z wieloma bogatymi Panami. Był świetnym bajkopisarzem - w rożnych odcinkach widać, jak każdemu opowiada o sobie zupełnie inną historię. W jednej jest artystą, w drugiej malarzem, a w innych pisarzem, projektantem mody, finansistą i tak dalej. Nie ma historii, której Andrew nie umiał by dobrze zmyślić. Dla niego natomiast to wszystko wydaje się prawdą. Serial dokładnie pokazuje nam cały portret psychologiczny bohatera i to, dlaczego naprawdę (lub nie) postanowił zabić wszystkie swojego 4 ofiary. Natomiast to na punkcie Gianniego miał obsesję przez pół swojego życia.

Wiem, że wielu fanów jest teraz bardzo zawiedzionych. Miał być to serial o Versace, w rolach głównych on i Donatella, a jednak nie. Oczywiście wielkie brawa dla Penelope Cruz za kreacje postaci. Najtrudniej przecież zagrać osoby, które żyją, by te się nie obraziły. Mimo obecności Penelope, okazało się, że cały show skradł Darren Cris, który był tak dobry, że to dla niego oglądałam ten pokręcony serial. Wczuł się totalnie w rolę obsesyjnego, nienawidzącego siebie Andrew. Miałam wrażenie momentami, że to autentycznie ten typ. W oczach pustka, a na twarzy uśmiech od ucha do ucha. Zgadzam się też z tym, że jeśli Cris nie dostanie za tę rolę przynajmniej Grammy, dużo osób w branży może się obrazić. A jak nie krytyków, to fanów na pewno, ze mną na czele. To tylko jeden plus, bo wielki minus muszę przyznać za zaburzoną linię czasu. W pewnym momencie już nie wiesz co się dzieje po kolei i jak to jedno wpłynęło na to drugie. Wole jednak uporządkowane ciągi zdarzeń, wtedy jednoznacznie wiadomo o co chodzi.

Jeśli chcieliście zobaczyć serial o Giannim - to trafiliście pod zły adres. Ukazuje on na pewno dużo z ostatnich lat życia projektanta, ale wszystko pocięte i nie składające się w jedną całość. Bo mimo wielu nawiązań do świata mody, blichtru, który otaczał Gianniego, to nie ma go tam za wiele. Ten serial tak naprawdę wcale nie jest o nim, tylko o jego zabójcy. Jego złożonej osobowości, pobudkach, marzeniach, rozczarowaniach i tęsknotach. Macie gwarancję (ode mnie), że zostało to świetnie ukazane i przynajmniej to warto zobaczyć.

Ocena: WARTO, tylko dla Crisa!

Źródło zdjęcia: telemagazyn.pl