Gangsterska bajka dla dzieci



Nikt z Was nie wątpi w to, że "Szybcy i Wściekli" to jest dobry film. Mam nadzieję. Przynajmniej do jakiejś 3 części i to jeszcze z nie żyjącym Paulem Walkerem. Potem jest już nieciekawie. Bo ile można zarabiać na tym samym schemacie? A Polacy stwierdzili ostatnio, że też by chcieli na tym zarobić i promowali swój najnowszy film „Diablo. Wyścig o wszystko” jako polską wersje popularnej serii. Szybko nie jest, wściekłe może czasami, więc prawie im wyszło.

„Diablo” to jest tego typu film, w którym sposób komunikacji, plakaty, trailer nie maja za dużo wspólnego z tym, co możemy zobaczyć w kinie. Historia Kuby granego przez Tomka Włosoka - wschodzącą gwiazdę polskiej kinematografii - jest bardzo prosta. Młody chłopak umie jeździć samochodem. Ma chorą siostrę, dla której zbiera pieniądze na operacje. Więc stwierdza ze świetnym pomysłem jest dołączenie do nielegalnych wyścigów, w których może więcej zarobić niż jako dostawca kebaba. Brawo on. Na pierwszym z nich okazuje się, że Kuba umie bardzo dobrze jeździć, więc zauważa to gang kierowców. Przyjmują go do ekipy.  Oczywiście, nie wszystkim się to podoba. A na pewno nie wyścigowemu bossowi.

Film sam w sobie nie jest jakimś typowym gniotem. Fabuła jest bardzo schematyczna, dlatego szkoda się jej tak bardzo czepiać. Może zapomniano o tym, żeby wyjaśnić widzom na czym polegają te wyścigi w drugiej części filmu (tej bardziej niebezpiecznej), jak i o rozwinięciu postaci, ale będę to traktowała trochę po macoszemu. A dlatego, że film został zrobiony dla kategorii 13+, co sprawia, że twórcy podcięli sobie skrzydła. I to przy samej skórze. Stworzyli nowy gatunek w polskim kinie - gangsterską bajkę dla dzieci. Niczym prawie Hot Wells, które oglądał mój brat w dzieciństwie. Dlatego też każda grubsza akcja w fabule jak - morderstwo, przemyt narkotyków, nielegalne palenie trawki i picie alkoholu - jest zrobiona dwuznacznie. Krew się leje tylko trochę, narkotyków nie widać, nikt się jawnie nie zabija. Jedynie 13 latki wiedzą co to papierosy. Bo w tym filmie pali się ich bardzo dużo. A Roznerski to jest w tym mistrzem, bo nawet do samochodu wsiada ze szlugiem w gębie. Seksu w nim oczywiście też nie ma, ale raz partnerce Włosoka pozwolili nie założyć stanika. Wszystko jest takie zrobione do połowy, powiedziane do połowy. Na tyle, że czasami w połowie ucinają scenę, a potem przerywają Pazurze w 3/4 słowa. Tak też technicznie - ten film leży i kwiczy. Po pierwsze ten montaż, w którym ucinają te słowa, przechodzą z kadru do kadru bez większego przejścia i robią chamskie zakończenia ścieżki dźwiękowej. Po drugie - efekty specjalnie. Widać, ze produkcja była zrobiona dosyć budżetowo. Wykorzystano duży udział kaskaderów, którzy prowadzili samochody, a aktorom pozostawiono możliwość pojawiania się na green screenie i grania w Need For Speed, niestety. Widać to na filmie gołym okiem. By to wykonać, użyto kadru zbliżonego na oczy kierowcy, aby w tle było jak najmniej widać potencjalnego samochodu. Podczas niby pełnego emocji wyścigu przez 10-15 minut mamy przebitki - oczy, tor, oczy, głowa, tor. Emocje niczym na grzybobraniu. Akcje przeciągnęli jak mogli na te 1 godzinę 40 minut, by każdy 13 latek zrozumiał o co chodzi. 

Chyba największym zaskoczeniem w tym filmie jest pełna nienawiści rola Roznerskiego. Chłopak w końcu dostał postać, nad która musiał się chwilę pochylić. Zachrypnąć głos, nauczyć się palić i chodzić jak prawdziwy gangster. Mogłabym teraz jego zapytać - co on wie o zabijaniu - bo na pewno trochę się podczas kręcenia tego filmu nauczył. Nie do końca pewnie Was przekona ta postać, ale mi się nawet podobał w takim klimacie. Przystojny bad boy z prawdziwego zdarzenia, a nie blond dupek z kwiatami. O Tomku Włosoku nie trzeba dużo mówić. Koleś dobrze wie co robi i wróżę mu świetlaną przyszłość. Najbardziej chyba zabolała mnie rola Karoliny Szymczak - niby też dobrej, młodej aktorki. Drętwa, nijaka, bezsensowna. W sumie nie wiemy kim ta dziewczyna jest, oprócz tego, że zachowuje się jak 15-latka na motorze, która chce zrobić ojcu na złość. Nic więcej. I jako wisienka na torcie: Czarek Pazura. Już trochę podstarzały, ale nadal dobry aktor wyglądał w tym filmie na zagubionego. Jak miało być śmiesznie, to nie było śmiesznie, a jak miało być strasznie, to było śmiesznie. A pamiętam, że u Vegi w ostatnich "Psach" świetnie zagrał pełnego mordu w oczach gangstera, co kopie groby swoim wrogom. Dlatego spodziewałam się, że wejdzie w tę role naturalnie, w końcu nie robił tego pierwszy raz. 

Pewnie gdyby nie kategoria wiekowa, film miałby szansę na  zaistnienie. Natomiast już w promocji postawiono na teksty niczym z memów, skierowane tylko do młodszego widza. Dla mnie nawet miał potencjał, który ktoś pięknie puścił z dymem. Wiadomo jakim. Bo nie powiem - fury były w nim piękne, a dźwięk silnika podkręcony na maksa. To im zdecydowanie wyszło. Moich faworytem, jak na prawdziwą blacharę przystało - był Ford Mustang. I to w sumie na niego warto pójść do kina. 

OCENA: jak macie Mustanga, zostańcie w domu
Źródło zdjęcia: filmweb.pl

Fortuna kołem się toczy




Prawie rok temu na łamach bloga znalazła się recenzja pierwszego i drugiego sezonu "Serii Niefortunnych Zdarzeń". I wydawać by się mogło, że podtrzymam swoje zdanie na jego temat, napiszę tutaj kolejną salwę pochwał, a potem wręcz miłosny poemat. Każda produkcja dłuższa niż 2 sezony jest jednak jak sinusoida. Raz jest lepsza, raz gorsza. I tak samo jak fortuna w tym serialu - która najpierw nie sprzyjała sierotom - kołem się zatoczyła, a więc mój entuzjazm - jak to na okręgu - zrobił zwrot o 180 stopni.

Zakładam po cichu, że żadne z Was nie czytało od deski do deski żadnej z książek. Nie jest to popularna seria dla młodzieży, jednak moje serce skradła szczególnie. Oczywiście nadal jest na liście "ulubione" i trzymam je wszystkie na ciepłej półeczce. Gdy jednak wyszedł pełnoprawny serial - i to jeszcze produkcji Netflixa - wiedziałam, że to będzie dobra produkcja. W końcu świat, który stworzył Lemony Snicket (a właściwie Daniel Handler) jest na tyle wyjątkowy, że aż się prosi o piękny film czy serie, która przesiąknięta będzie tym wszystkim co urodziło się autorowi w głowie. Więc nie dziw, że Netflix zdecydował się zekranizować wszystkie książki, dając fanom w końcu to, na co czekali od dawna. Posadzono również Handlera na stanowisku scenarzysty i producenta, więc zakładałam że fabularnie wszystko będzie się zgadzać. Historia pozostanie tą samą historią, którą zachwycałam się prawie 10 lat temu i pierwszą, której złe, nie jasne i niezbyt szczęśliwe zakończenie polubiłam. To własnie ono zmieniło mój stosunek do zakończeń, prawie, bezpowrotnie. Ponieważ uważałam wtedy, że to nie ludzkie uśmiercać postacie, zostawiać nas widzów w niedosycie lub co gorsza z wieloma pytaniami, więc wolałam te określone zakończenia. A Handler wszystkich fanów książki pozostawił na rozstaju dróg, z kłębiącymi się w głowie niedopowiedzeniami, ale też w miejscu w którym tych odpowiedzi już nie można uzyskać. A mi się to zakończenie spodobało. Było w końcu niefortunne i takie powinno pozostać.

Trzeci sezon serialu został poświęcony czterem ostatnim książkom serii: Zjezdne zbocze, Groźna Grota, Przedostatnia Pułapka oraz Koniec Końców. W każdym odcinku co raz więcej dowiadujemy się o tajemniczej organizacji, powodach schizmy oraz postaciach, dobrych i złych, które kiedyś się ze sobą przyjaźniły, a nawet kochały. Do fabuły mam parę zastrzeżeń. Akcja toczy się jak sinusoida - raz szybka, raz wolna. A ta wolna dłuży się jak flaki z olejek. Niektóre wątki, nie do końca w książce rozwinięte (jak np. wątek trojaczków Ostateczność), w serialu dłużą nam się niemiłosiernie. Dodatkowo - postacie są jeszcze bardziej przerysowane, a zbiegi okoliczności niefortunne. Sieroty myśląc, że to już koniec, dostają po tyłku ostatni raz, co doprowadza ich na tajemniczą wyspę, na której Hrabia Olaf zagra swój ostatni akt. Dodano postacie, o których w książce nie było nic - np. ojciec Olafa, twórca Wolontariatu. Bardzo wyraźnie pokazano w serialu to, kim jest matka sierot. Momentami podawano widzom wszystko na tacy, bez konieczności wysuwania jakiś dalekich wniosków. Jednak książka była napisała zupełnie inaczej, więc i inaczej się skończyła. A w serialu fortuna obróciła swoje koło i sieroty dostąpiły... fortunnego zakończenia.

Nie mam żadnych zastrzeżeń do kostiumów czy scenografii - na maksa, jeszcze bardziej niż w poprzednich sezonach - przerysowanej, karykaturalnej. Kostiumy są zrobione mistrzowsko w każdej, nawet tej normalnej scenie. Jeśli chodzi o aktorów najbardziej tutaj irytowała mnie postać Księżniczki Plujko, która momentami za bardzo wchodziło w rolę. Uwielbiam natomiast kreację Esmeraldy Szpetnej - którą w książkach wyobrażałam sobie trochę inaczej - ale twórcy ładnie moją wyobraźnię poprawili. Lucy Punch odegrała tę rolę perfekcyjnie. Nie muszę też chwalić Neila Patricka Harrisa, którego mimika twarz wygrała. Powinien na pewno dostać nagrodę za perfekcyjne wykreowanie najbardziej znienawidzonej postaci w seriach. Na pewno dużą zaletą serialu jest nieoczywiste dobranie aktorów do ich ról. Nie zobaczymy w niej nikogo sławniejszego od Harrisa, ani nikogo, kogo kojarzymy z jakąś rolą. A Harris sam w sobie jest tak ucharakteryzowany, że ledwo siebie przypomina.

Co do fortunnego zakończenia, zawiodło mnie po całej linii. Czekałam aż to się skończy niejednoznacznie pozostawiając dziurę w moim sercu, ponownie. A tę dziurę już od pierwszego odcinku szykowałam. Pielęgnowałam ją i sprzątałam, by potem dobrze się w niej czuć. Po prostu przygotowałam się na najgorsze. A to...kończy się dobrze. Pierwszy raz zrobiłam takie duże - meh - na szczęśliwym zakończeniu. Dowiedziałam się wszystkiego, rozwiązałam wszystkie zagadki, poznałam dogłębnie każdy powód działania każdej z postaci. Nie muszę zadawać pytań, domyślać się i dopisywać sobie. Wszystko się skończyło. Dobrze się skończyło, jak w prawdziwej baśni dla dzieci.

Ocena: WARTO, nawet jeśli nie czytałeś książek
źródło zdjęcia: syse.com

Sodoma i Gomora



Tak na początek roku, przypomnę Wam pewną przypowieść - o Sodomie i Gomorze. Były to dwa sąsiadujące miasta. W każdym z nich odbywały się orgie, suto zakrapiane imprezy, ludzie byli zachłanni, chciwi i gardzili wszelkim prawem. W końcu Bóg się wkurzył, chciał ukrócić im te wszystkie zabawy i zdecydował o zniszczeniu miast. Jednej rodzinie pozwolił uciec, ale nakazał im nie oglądać się za siebie, bo inaczej zamienią się w słup soli. Albo leciało to jakoś podobnie. Oglądając nowy film Paola Sorrentino „Oni”, od razu przypomniała mi się ta historia, bo fabuła taką właśnie Sodomę przypomina.

Jeszcze w poprzednim roku, oglądając zwiastun myślałam, że film będzie zabawny i naszpikowany historiami wprost z włoskiego „dworu” za rządów Silvio Berlusconiego. Jeśli ktoś nie wie, Berlusconi był trzykrotnie premierem Włoch w latach 90 XX oraz na początku XXI w. Do tego - był właścicielem telewizji, wydawnictw, księgarni czy banków co czyniło go nie tylko baronem medialnym, ale także najbogatszym człowiekiem w kraju. Wszyscy mówili o jego autorytarnych rządach, wielu perypetiach związanych z korupcją, powiązań z włoską mafią, jak i licznym defraudacjom. Silvio kochał też wszystkie kobiety świata. Nawet na któryś zajęciach na moich studiach, wykładowca plotkował o tym, z jakich suto zakrapianych imprez słynie Berlusconi. Wszystkie plotki złożyły się na dosyć mocny wizerunek premiera Włoch wśród międzynarodowej prasy, ale także i ludzi. Nie dziw, że w końcu powstał o tym film. Mimo, że twórcy już w pierwszych 30 sekundach zarzekają się że nic z przedstawionych rzeczy nie miało miejsca i jest jedynie inspiracją. Powiedzmy, że im wierze.

Jednak przejdźmy do twórczości Sorrentino, która jest dosyć specyficzna. Paolo tworzy filmy zawsze z przesłaniem, które wymagają od oglądającego sporo pomyślunku i uważnego oglądania. Jego „Wielkie piękno” czy serial "Młody Papież" oglądało mi się super, mimo że nie jestem fanką numer jeden takiego kina i serialu. I dlatego też spodziewałam się że „Oni” zostaną podani w podobnym klimacie i będzie mi się to oglądać dobrze. Myliłam się.

„Oni” to słodko gorzka opowieść o ludziach, którzy w tamtych czasach otaczali premiera Włoch. Zakładamy, że jest rok 2008. Berlusconi chce wrócić do władzy, do łask wszystkich tych, którzy już o nim zapomnieli. Jednak polityka jest tutaj na jakimś 10 miejscu wśród ważnych wątków, najważniejsze są kobiety. One wręcz przepadają za podstarzałym - 70 letnim - politykiem pragnąc jego atencji. Tak samo jego atencji pragnął Ci, którzy chcą z premierem ubijać interesy, wabią go właśnie tymi kobietami. Jednak do połowy filmu fabuła jest niejasna. Najpierw podana zostaje nam tajemnicza postać nazywana ciągle „on”, która chce być udobruchana przez agenta gwiazd, który specjalnie dla „niego” wynajmuje wille naprzeciwko i podaje wszystkim MDM. Po co, jakie interesy chce z nim ubić? Potem „on” zostaje uosobiony w postaci Silvio i wszystko, prawie, staje się jasne. Zaczyna się też wątek, w którym Silvio chce ratować swoje podupadłe małżeństwo. Przekupuje żonę kwiatami, karuzelami i wakacjami. Potem chce uratować swoje relacje z Państwem. Tylko wiele wątków wcale się nie kończy, wcale nie zazębia i nie przechodzi w następne. Jest to pocięte niemiłosiernie, przez co widzowie nie wiedzą o co chodzi i wychodzą z kina. Ba! Wychodzili już po pierwszym 15 minutach! Jednak mimo obserwowanie tych wszystkich szczęśliwych ludzi, dla których ten seans skończył się wcześniej postanowiłam podjąć wyzwanie i poznać sens stworzenia tego filmu. I jak tak teraz przypominam sobie "Młodego papieża" i rolę Juda Law, widzę, że Sorrentino chyba nie za bardzo lubi swojego kraju. Pokazuje w nim wszystkie te rzeczy, które w nim nie grają. Wychodzi na jaw populistyczny charakter życia głównego bohatera - z jednej strony owiany tajemnicą, obudowany murami, bo "on", a z drugiej - zakłamany luksus, leżący na bardzo drżącej podstawie z pieniędzy. Jeden niewłaściwy ruch i wszystko padnie w gruzach. Ale to tylko teoria, bo interpretacji tak nielogicznej fabuły może być wiele.

Wersja Włoska tego filmu trwa 4,5 godziny, ta podana w naszych kinach ponad 2,5h. Jak by tutaj tego filmu nie pociąć, nie składa się on w logiczną całość. Jednak - posiada piękne zdjęcia, obrazy wyjęte z Włoskiego „dolce vita”, miejsc które tak są nam dobrze znane z pocztówek oraz zdjęć Wujka Google. Kreacja postaci jest tutaj średnia - główny aktor Toni Servillo poradził sobie przeciętnie, w większości zapewne dzięki charakteryzacji, reszta aktorów drugoplanowych jedynie marnie mu wtóruje.

Film nie grał mi na żadnych emocjach, nie przywołał ani nie przypomniał niczego dobrego, mogłam jedynie na początku liczyć ilość cycków w kadrze (w jednym aż 46). Jest strasznie pocięty, nielogiczny przede wszystkim - nie prowadzi do niczego. Nie ma żadnej puenty ani niczemu nie nadaje większego sensu. Niestety, jest dokładnie tak jak w przypowieści - możecie wstąpić do Sodomy czy Gomory (czyli do kina), ale wychodząc z niej nie możecie się już wracać, bo zamienicie się w duży słup soli.

OCENA: darujcie sobie
Źródło zdjęcia: dante-amersfoort.nl

Ulubieńcy 2018 roku



Pamiętam jak rok temu przygotowywaliśmy się na podsumowanie 2017. I w mojej pracy, wszyscy mówili, że 2017 to był taki rok influencerów, a w 2018 oni już zniknął. Ja zawsze chciałam zapytać - ale gdzie zniknął? Rozpłynął się? Nie będzie blogów, Instagrama, Youtube oraz mediów? Nastąpi koniec świata? Na szczęście - koniec świata nie nastąpił, a my nie tylko mogliśmy się cieszyć wszędobylstwem influencerów, ale także się nimi stać. Ja się za takiego nie uważam, ale Ci co tu wracają - chyba mają po co to robić. Czego wcale się nie spodziewałam. A ja w końcu poczułam, że godziny spędzone przed komputerem, w kinie i koszt Netflixa mi się zwracają. Przynajmniej mentalnie. 

Taki był rok dla tego bloga, a dla świata filmu i serialu? Przeglądając swoje oceny na Filmwebie, jestem zaskoczona ile świetnych filmów i seriali w tym roku zobaczyłam. Wręcz, nie byłam w stanie nadążyć za tymi wszystkimi dobrymi produkcjami, i o dziwo, nie obejrzałam ich wszystkich. Natomiast udało mi się obejrzeć w tym roku 25 seriali oraz 114 filmów, co daje zawrotną ilość godzin spędzonych przed ekranem. Tak, nie mam życia. Do sedna! Powiedziałabym, że ten rok był rokiem Marvela. Studio wypuściło wiele świetnych produkcji, które rozbiły Box Officy na całym świecie, zostawiając konkurencje daleko w tyle. Dodatkowo - to był też rok dominacji Netflixa. Platforma nie tylko na dobre wpisała się w "ulubieńców" w polskich domach, co też udowodniła, że potrafi robić świetne filmy i seriale. Wielu aktorów i aktorek pokazało nam, że potrafi grać (Karolak, np.), a wielu straciło w naszych oczach. Bo we wszechświecie istnieje równowaga (ale nie taka według Thanosa), gdy coś umiera, za chwile coś nowego się rodzi. To był rok takich osób jak :Bradley Cooper, Wojtek Smarzowski, Noah Centineo czy Maciej Musiał. To o nich i ich filmach mówiło się najwięcej i najlepiej. Sprawiło to, że podniesiono jeszcze bardziej poprzeczkę. Widzów przestały cieszyć zrobione na kolanie produkcje, a zaczęliśmy oczekiwać czegoś z puentą, morałem i prawdziwymi emocjami. Filmu czy serialu, który nas czegoś nauczy. Oczekujemy lepszej jakości, w każdym gatunku. I jesteśmy co raz bardziej czujni na drobne błędy. Albo to tylko ja, ale dla Was to dobrze, bo w przyszłym roku będę jak przyczajony tygrys i ukryty smok w wyłapywaniu najmniejszych błędów wszystkich produkcji. Tak, to moje postanowienie!

A ranking zaczynamy od seriali. Mimo tego, że oglądałam wiele serie ze stajni CBS czy innych, to te z Netflixa wygrywały - jakością, obsadą i fabułą. W całym zestawieniu widnieje także super kategoria: serial i film Marvela. Całość odnosi się i tak do jednego: warto było tracić na nie czas i pieniądze w tym roku.

Kategoria serial dramatyczny - Maniac

Bardzo skomplikowana historia w ciągu paru chwil staje się banalnie prosta. I w tym momencie zakochuje się w prostocie i wariactwie serialu "Maniac". Do tego wszystkiego świetna, pleniąca sobie Emma Stone i wychudły Jonah Hill, którzy mimo wielu różnić - tworzą świetną, elektryzującą parę. I to prawda, co napisałam - że serial jest tak szalony, łamie wszystkie konwencje i schematy, że gdy to wszystko się stanie na ekranie, czujesz niesamowitą ulgę. Zostałaś pozbawiona wszelkich schematów, teraz możesz zrobić wdech i wydech i ze spokojem obejrzeć ten serial, który jest świetny. 

Kategoria serial rozrywkowy - Chilling Adventures of Sabrina

Stary sitcom doczekał się spin-offu z krwi i kości. I to dosłownie. Netflix wziął pod warsztat serial, który wydawać by się mogło, spalił się dawno temu. Jednak dzięki gigantowi, odżył na nowo. Nie zebrał wielu dobrych recenzji. Zarzucano mu promowanie okultyzmu, wykorzystywanie symboli amerykańskich sekt czy niekonsekwencje. Mi się podobał na tyle, że na bok odłożyłam swój zachwyt nad kolejnym sezonem Serii Niefortunnych Zdarzeń i to właśnie nową Sabrinę Spellman wrzucam do swoich ulubieńców roku. U mnie przede wszystkich wygrała kostiumowo i scenograficznie. To mnie totalnie urzekło i dawno nie widziałam czegoś równie dobrego, co SNZ. A to spokojnie może się z nimi mierzyć. Dodatkowo - ugryziono historie w bardzo dobrym miejscu, co przy spin-offach jest bardzo trudne.

Kategoria serial romantyczny - Wanderlust

Wpadłam na niego całkowicie przypadkiem, dokładnie tak jak wpada się na miłość swojego życia. Niby miałaś gdzieś nie iść, a jednak idziesz, więc spotykasz tam jego i puff. Tak też było w przypadku tego serialu. Przy pierwszym włączeniu miałam wrażenie, że będę oglądać przez 10 odcinków terapię małżeńską, a okazało się, że niezbyt. Pięknie pokazano walkę dwóch, zakochanych w sobie, ale ciężko przechodzących rutynę ludzi. Ukazano, zamiast piękny początek, to przebieg "długo i szczęśliwie", o którym dużo się mówi w ogółach, a tak naprawdę mało się wie. Dla małżeństw: to tylko przykład, nie róbcie tego w domu. Dla singli: tak to będzie naprawdę wyglądało, kiedyś. Teraz się tym nie przejmujcie. Ale serial i tak obejrzyjcie.

Kategoria serial Marvela - Jessica Jones 

Dziwi Was to? Mnie ani trochę. Na "Daredevilu" zasnęłam trzy razy. Bo tyle razy zaczynałam oglądać pierwszy odcinek. Ciemny, ze słabymi zdjęciami i klasyczną fabułą nie uwiódł mnie totalnie. "Luke Cage" to bardzo mroczna historia, dziwne, że tak dobrze wpasował się w pierwszy sezon Jessici Jones. "Ironfist" to nic innego jak bajka dla dzieci. Dużych dzieci. A dalej już nie pamiętam, bo Marvel i Netflix obrodził w temacie seriali tak bardzo w tym roku, że totalnie nie nadążałam. Ale jedna produkcja przykuła moją uwagę - "Jessica Jones". Pierwsza superbohaterka w stajni Marvela, która dostała własny serial i wyszedł on dobrze. Bo Jessica jest żadną superbohaterką, a przez większość serialu zamiast walczyć z jakąś złą postacią, walczy z samą sobą. Co okazało się odświeżające i dlatego się tutaj znajduje.

Kategoria serial polski - Pod Powierzchnią

Tutaj miałam największy problem. Bo w sumie już w listopadzie, gdy składałam pierwszą część tego rankingu, myślałam, że ze spokojem wrzucę na niego w tej kategorii pierwszy polski serial Netflixa "1983". A po obejrzeniu go, wiem, że nie zasługuje na to miejsce. Obejrzałam wiele lepszych w tym roku. A wymieniane przez wszystkich w tym miejscu "Ślepnąc od świateł" też nie spełniło moich oczekiwań. Było za ciemne, zbyt mroczne, momentami - bardzo amatorskie. Nie zasługuje na tę salwę pochwał.  Natomiast "Pod Powierzchnią", ze stajni TVN, okazało się strzałem w dziesiątke. Już w pierwszych chwilach, gdy totalnie nie wiesz o co chodzi, przyciąga. Zresztą, uwielbiam tutaj Boczarską. Mam taką teorię, że od momentu "Sztuki kochania" w końcu zaczęli jej dawać bardziej wymagające role, bo udowodniła, że potrafi się zaangażować. A serial sam w sobie jest wciągający, ma dobrą fabułę, czego najbardziej brakowało jego rywalom w tej kategorii. Zobaczcie koniecznie!

Zestawienie filmowe to zupełne inny orzech do zgryzienia. W tym roku zadebiutowało wiele filmów (dokładnie 60 000), które nie tylko trafiły na listę "będę do nich wracać", co zmieniły wizerunek wielu gwiazd - np. Lady Gagi. Rozdanie Oskarów w tym roku będzie prawdziwą walką, ale na razie przed Wami moje ulubione, obejrzane w tym roku, tytułu.

Kategoria film dramatyczny - Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

Film swoją oficjalna premierę miał w tamtym roku i dlatego też wziął udział w zeszłorocznym pościgu po Oskary, ale niestety, nie udało się. Miałam go przyjemność zobaczyć dopiero na początku 2018 roku, dlatego z dumą umieszczam go na tej liście. Był świetny. Trzymający w napięciu, wzruszający. Opowiadał historię matki, której córka została brutalnie zgwałcona i zabita, a policja nie znalazła sprawcy. Ta, by bardziej zmotywować Panów funkcjonariuszy wykupuje 3 billboardy, na których umieszcza motywujące pytanie. Ale nie takie, jakie zadaje Wam co wieczór Chodakowska. Takie poruszające. I tak jak ono, tak i film poruszył wielu ludzi. Dla mnie dostał tego Oskara, a nawet i dziesięć!

Kategoria film rozrywkowy - Kształt wody

Dla wielu - jest największym zaskoczeniem ostatniego rozdania Oskarów oraz prezentacją, jakby wyglądało kopulowanie z wielką rybą. Dla mnie - bardzo dobrą baśnią. Guillermo del Toro jest świetnym kreatorem bajek dla dorosłych. Tworzy niesamowite obrazy, w których ciężko się do czegokolwiek przyczepić. "Kształt wody" to historia miłosna, ale okraszona niesamowitą scenografią, kostiumami i szczegółami, w których trudno się nie zakochać. Jako baśń totalnie mnie kupiła, dlatego jest dla mnie filmem rozrywkowym, a nie dramatycznym. Oglądanie jej sprawiło mi dużą przyjemność.

Kategoria film romantyczny - Narodziny Gwiazdy

Przez cały seans siedziałam totalnie wbita w fotel. I poszłabym na ten film drugi, trzeci a nawet i dziesiąty raz. To jest właśnie taki film, który ja wrzucam na swoją listę "obejrzeć jeszcze przynajmniej z 300 razy". Miałam takie ciary na całym ciele dzięki tej cudownej muzyce, realizacji i kreacji aktorskiej, że mało co nie odleciałam do innej czasoprzestrzeni. Jestem totalnie zachwycona tym debiutem reżyserskim Bradleya Coopera. Nie spodziewałam się, że będę aż tak lubić ten film. Bo nie zawsze połączenie muzyki i romansu u mnie wygrywa. A tu - totalnie rozgromiło konkurencje. Jeśli jeszcze nie widzieliście, macie co robić na kacu 1 stycznia.

Wyróżnienie: Do wszystkich chłopców, których kochałam

Wiem, że ta głupia komedia romantyczna dla nastolatków nie jest warta uwagi wielkich krytyków filmowych. Ale mnie za serce chwyciła totalnie! Może dlatego, że kiedyś kupiłam tę książkę w swojej ulubionej księgarni w Warszawie za 5 zł i pochłonęłam w jedną noc. Dlatego ucieszyłam się, gdy ktoś tchnął w nią życie. Wszyscy zakochali się w Noah Centineo (ja też!) i w tej historii. Ten film jest przesłodki i taki ma pozostać. Nie warto go porównywać do jakiś wielkich produkcji, ta jest idealna i dlatego zasłużyła na wyróżnienie w tej kategorii.

Kategoria film Marvela - Avengers: Wojna bez granic

Chyba żaden film Marvela wcześniej nie poruszył tak publiki. Z kina wychodziliśmy płacząc, z trzęsącymi się rękoma oraz milionami pytań. Dodatkowo - film zrealizowano tak, że wciskało w fotel przynajmniej z 50 razy. Wpakowano w niego tyle pieniędzy, że na bank większość nie zobaczymy przez całe swoje życie. Ta inwestycja totalnie się twórcom opłaciła. Film rozbił wszystkie istniejące Box Officy i zaliczył niesamowity sukces. Przy okazji zrobił sobie sam świetny PR i teraz z przerażeniem czekamy na część czwartą "Avengers: Endgame", totalnie modląc się by wszyscy magicznie zmartwychwstali. Tak, dokładnie tak. A co najlepsze - oglądałam go w te święta drugi raz i miałam takie same, a nawet większe ciary!

Wyróżnienie: Czarna Pantera  

Gdyby nie Avengersi się nie zdarzyli, to "Czarna Pantera" zgarnęłaby nagrodę w tej kategorii. Ale tym razem znajdzie się w wyróżnieniach. Za co? Za muzykę, scenariusz i kostiumy. Uwielbiam to, jak sceny walk są okraszone świetną muzyką. Taką, dzięki której chcesz skakać z nimi. I wtedy nawet przesadzone efekty specjalne czy za duży udział slow motion gdzieś tam znikają. I tutaj w sumie powinien to wyróżnienie zgarnąć Kendrick Lemar, który całą ścieżkę stworzył. Ale scenariusz i kostiumy też były niczego sobie. W końcu stworzony film z Afroamerykanami w bardzo dobry i smaczny sposób. Wcale nie wyszło rasistowsko, mam nadzieję.

Kategoria film polski - Kler

To, że "Zimna wojna" to dobry film, wiedzą wszyscy. Media powiedziały to za nas. Dlatego ja, idąc na seans tego filmu, wiedziałam, że dla mnie tak nie będzie. Nie cierpię przesiąkniętych pretensjonalną sztuką obrazów Pawlikowskiego. Taka była właśnie była "Ida". A "Zimna wojna" to coś zupełnie innego i nie mam zamiaru odbierać jej praw do zgarnięcia Oskara. Zgarnie go. Natomiast dla mnie Wojtek Smarzowski wygrał ten rok, nie tylko tym, że rozbił bank już w weekend premierowy filmu "Kler", co skłonił dużą część naszego społeczeństwa do dyskusji. I sama obserwowałam jak moi znajomi bardzo żywo rozmawiali na temat zachowań polskiego duchowieństwa. A film, mimo że pozostawił u mnie jakiś niedosyt, zasłużył na nagrodę, bo był po prostu bardzo dobry.

To jaki będzie 2019 rok? Nie jestem wróżką, więc nie wiem. Jestem natomiast pewna, że przed nami pełne emocji kino akcji - w szczególności to w wydaniu Marvela. Czeka nas premiera pierwszego pełnometrażowego filmu z główną rolą kobiecą - Kapitan Marvel oraz Avengers: Endgame, na który wszyscy tak czekają. Czy historia się skończy? Na pewno nie, jeszcze Marvel nie pokazał nam wszystkiego. Czekam również na te piękne filmy kostiumowe: Marię, Królową Szkotów czy Faworytę. Jakoś brakowało mi dobrych kostiumowych premier w tym roku.

A przy okazji - dziękuje, że byliście ze mną w 2018! A życzę Wam cudownych filmowych premier, nie trwonienia pieniędzy na te, na które nie warto oraz spełnienia wszystkich marzeń w Nowym Roku!

Do zobaczenia, napisania i przeczytania za rok!

Pan Oceanów dopłynął do brzegu



Miałam bardzo duże oczekiwania idąc na ten seans. W końcu to był pierwszy mój taki poważny, przedpremierowy. Szkoda, że spóźniłam się na niego 20 minut, ale weszłam. Rozsiadłam się, założyłam dwie pary okularów i wpatrywałam się. Ze złego miejsca w kinie, ale jednak. Oczekiwałam w szczególności dobrego, superbohaterskiego kina, prawie takiego jak w Marvelu, a w szczególności takiego jakie DC pokazało w Wonder Women. Ale ikony nie da się zastąpić i nie da się nią stać przez dwa, trzy filmy. Każde Uniwersum wprowadzając nową postać na swoje podwórko dużo ryzykuje. Historia może się nie przyjąć, nie spodobać się, nie porwać serc i tym podobne. Jednak zwiastun "Aquamana" mówił nam, że będzie to całkiem dobre widowisko. I to ostatnie słowo, to słowo klucz tego tekstu. 

Pisałam o Uniwersum DC już z raz, przy okazji jego serialowych problemów. Fakt, są niskobudżetowe, mają okropne fabuły, obsadę, efekty specjalne. Tak wiele im brak, że w sumie tylko parę, mały rzeczy znajduję w nich dobrych. Nie brak natomiast Uniwersum kultowych postaci. Batman, Superman czy Wonder Women zapisali się na łamach popkultury już dawno temu. Wielu fanów także z łezką w oku wspomina film Tima Burtona "Batman", "Batman: Początek" Christophera Nolana czy "Wonder Women". Są to filmy z górnej półki - fabularnej, aktorskiej, efekciarskiej. Oczywiście, do Marvela są nie porównywalne. Mają w zupełności inny klimat. DC w ostatnich latach przeszło wielkie zmiany i postanowiono, że chcą być alternatywą dla kliszowych obrazów swojego konkurenta. Ten wyścig rozpoczęto bardzo dobrą kreacją "Wonder Women". Film zebrał świetne recenzje, zarobił miliony w box officach na całym świecie. Potem stworzono "Ligę Sprawiedliwości", która nie była nawet zła. Powiedziałabym, że wyszła całkiem dobrze. Wprowadzono tam nowe postacie, których historie zobaczymy w całości na wielkim ekranie. Postanowiono zacząć od Aquamana, króla Oceanów. 

W "Lidze Sprawiedliwości" postać Aquamana chyba najbardziej przypasowała wszystkim do gustu. Wielki, prawie dwumetrowy koleś. Cały wytatuowany, z długimi włosami, o posturze byka miał uratować świat. Dodatkowo - sypał śmiesznymi żartami i udawał imbecyla, co zawsze się wszystkim podoba. W jego własnym filmie przedstawiono historie już po "Lidze". Arthur - czyli Aquaman - to dziecko Królowej Atlantydy i Latarnika, typowy mieszaniec. Jego matka opuściła go, gdy był małym dzieckiem by wyjść za mąż i urodzić prawowitego dziedzica Atlantydzie. Gdy się jednak dowiedziano o jej związku ze śmiertelnikiem, oddano ją w ofierze obrzydliwym stworom. Ale dziecka pilnował jej wierny doradca i to on zapoznał go z historią zaginionego królestwa, nauczył walczyć trójzębem i przygotował do roli króla, którym ten miał zostać. Prawilnie, tak się nie stało, ale stał się on bohaterem. Walczył z piratami i ratował ludzi, żył sobie z ojcem w małej wiosce, upijając się z kolegami w barze. Aż w końcu odwiedziła go tajemnicza rudowłosa księżniczka z Atlantydy. Opowiedziała mu, że jego brat planuje wypowiedzieć wojnę lądowi, a tylko on może uratować oba światy, gdy zostanie jego królem. 

Historia tak dobra jak wszystkie inne. Nie mam jej nic do zarzucenia. Całkiem wciąga, ma swoje przyczyny, skutki i dobry finał. Nie zmienia to faktu, że twórcy szli bardzo utartymi szlakami. W każdym momencie, wiedziałam co będzie dalej. Tu tą walkę na pewno przegra, uda że nie żyje. W tej scenie, na pewno ją pocałuje. A tutaj to na bank go pokona. Film był nad wyraz przewidywalny. Nikt nawet na chwilę nie pokusił się na odrobinę ryzyka fabularnego. Sprawiło to, że wróciłam pamięcią do starych filmów Marvela, które toczyły się w ten sam sposób. Jednak z drugiej strony, pierwsze części często tak właśnie są prowadzone, by zaskoczyć widza w części drugiej. Co potem, jest różnie ocenianie. Co więcej - DC w końcu nie przyoszczędziło na efektach specjalnych. Mamy tam całe, dobre, slow motion. I to w dobrej dawce. Jak ostatnio czytałam, efekt ten nadużywany jest niepożądany, ale tu nie ma go aż tyle, co w nowy "Robin Hoodzie". Jest wiele dorobionych w komputerze scen, co widać, ale nie sprawia to wrażenia, że jest to oderwane od rzeczywistości. Gdy mamy mieć Atlantydę, to dostajemy ją - w całej jej okazałości, ze smakiem wykreowanej dzięki postępującej cyfryzacji. Jason Mamoa jako główna postać poradził sobie dobrze. Wyglądał w każdej scenie świetnie, chciało się na niego patrzeć, ale nie chciało się go słuchać. Czasami wychodził na totalnego wieśniaka i imbecyla, ale przypuszczam, że tak miało być. Brat Aquamana, Orm, grany przez Patricka Wilsona - wyszedł mu wyjątkowo drewniano. Ta postać miała jedną minę przez cały seans, więc cieszyłam się, że pojawił się tylko w kilku scenach. Reszta nie wyróżniała się niczym szczególnym.

Efekty były dobre, fabuła przeciętna, ale do zniesienia. Ale nie mogę przeboleć okropnej ścieżki dźwiękowej. Ktoś w Warner Bros zatrudnił chyba do tego stażystę, który musiał napisać ją sam. Co zrobił na kolanie. To "Czarna Pantera" udowodniła nam ostatnio, że dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa jest niekiedy kluczowym sukcesem filmu. Ja przy scenach walk tam, chciałam skakać razem z nimi. Tutaj - bardzo fajne sceny walk, skoków, przejść do innych światów zostały opakowane okropną aranżacją. Najczęściej były to jakieś bębny, niewyjaśnione perkusje czy co gorsza - werble. Ckliwe momenty okraszono muzyką z lat 30 XX w, z filmu "Przeminęło z wiatrem". Dokładnie z tego. I nie jestem w stanie pojąć dlaczego. W końcu muzyka odgrywa bardzo ważną rolę w odczuwaniu przez nas scen i płynących z nich emocji. A oni położyli na to totalną laskę, jeszcze na dodatek serwując nam skrzeczącą panią podczas napisów. 

"Aquaman" nie jest arcydziełem. Jest dobrym widowiskiem, z okropną muzyką. Fakt, odnaleziono w tym Atlantydę, gdzieś na środku Oceanu Indyjskiego, jakbyście chcieli odwiedzić, ale to by było na tyle. Więc jeśli jesteście melomanami albo co gorsza nie lubicie tego typu połączeń - odpuścicie sobie seans, a poczekajcie aż będziecie mogli to obejrzeć w domu. DC goni Marvela, ale jest to bieg bardzo wolny. Fanfarów i oklasków nie będzie, przynajmniej na razie.

Ocena: warto, ale w domu

Źródło zdjęcia: comicon.com