Jak wygląda film doskonały?



Dzisiaj porozmawiamy o ideałach. Ale nie o idealnych chłopakach i dziewczynach czy pizzy i stekach, ale o filmach. O tym w jaki sposób to się dzieje, że nagle ktoś robi coś, nad czym zachwycają się wszyscy ludzie i podludzie. Wszyscy, którzy go obejrzą. Ci, którzy się znają i Ci, którzy się nie znają w ogóle. Sprawa dotyczy takich produkcji jak: Śniadanie u Tiffaniego czy niedawno powstała Zimna Wojna, Pawła Pawlikowskiego. Jak to się stało, że w oczach świata są takie idealne? 

Kiedyś mówili mi, że ideały nie istnieją. I nie wątpię, jest w tym szczypta prawdy - bo nie ma idealnych ludzi, ale są idealne rzeczy. Piękna torebka, świetnie leżące spodnie, cudne mieszkanie i przepyszne jedzenie. Ludzie nie są sami w sobie idealni, ale tworzą ideały. Trzymając się tego stwierdzenia, jesteśmy w stanie wyróżnić również perfekcyjne w każdym calu filmy. Co w sobie zawierają? Dla każdego taki ranking będzie wyglądał inaczej, także możecie się już przestać bulwersować.

Moim zdaniem pierwsze skrzypce gra zawsze wytworzony klimat. Musi być on niepowtarzalny, powodujący wiele emocje. Może także przywoływać wiele wspomnień, dotykać nas osobiście i docierać do nas poprzez serce, a nie umysł. Czarno biały obraz, nawiązujący do filmów z poprzedniej epoki czy może wypełniona symbolami scenografia i fabuła. Klimat musi sprawiać, że chcemy tam być razem z bohaterami. Że chce stać na wprost nich przyglądając się i przysłuchując, śledząc ich losy. To jest ten moment, kiedy dosłownie i w przenośni chcemy wejść komuś do łóżka. A klimat nie tworzy się sam, tylko jest tworzony przez wiele elementów.

Tempa nadaje mu odpowiednia muzyka. Idealnie dopasowana do sytuacji. Lekko przygrywa przy spokojnych scenach, głośna i toporna przy momentach grozy. Romantyczna wtedy, gdy romans jest w kulminującym momencie. Oczywiście dobór muzyki musi być bardzo ostrożny. Nigdy nie wiadomo, komu zajdziemy za skórę, kto się zakocha w jakiejś piosence lub ją znienawidzi. Niekiedy bywa tak, że ta dana melodia pasuje do tego danego momentu, nigdzie więcej. Pasować musi też do przedstawianych czasów. Ostatnio ludzie bardzo cenią sobie prawidłowy i adekwatny dobór muzyki nawet do konkretnego roku. Podejrzewam, że jedną z kluczowych ról w ocenie serialu Stranger Things nie miała tylko wciągająca fabuła, ale też towarzysząca całemu przedstawieniu odpowiedni dobór soundtracków. I bez nich nie moglibyśmy mówić o tym serialu, w taki sposób jak mówiliśmy dotychczas.

Cała produkcja skupia się w szczególności na obrazie. Bo film oglądamy, a nie tylko słuchamy. Idealny kadr, który nie tylko obejmuje aktora, ale także to, co jest za nim. Kadr, w którym nie tylko bohater jest ważny. Zbliżony lub oddalony. Format, długość sceny, szybkość przechodzenia z jednego miejsca do drugiego. W większości filmów w idealnym obrazie znajduje się wszystko, na co widz musi zwrócić uwagę. Każdy szczególik odgrywa tam główną rolę. W Śniadaniu u Tiffaniego każda poduszka i każdy śmietnik był tak samo ważny jak spalony papieros Holly Golightly. Nic nie liczyło się też bardziej niż sposób, w jaki został rzucony.

Gra aktorska tworzy obraz, nadaje tempo muzyce - co łączy się w klimat. Sposób pokazywania uczuć przez aktorów jest najważniejszy. Czy błyszczą im się odpowiednio oczy, drżą usta, opadają ręce. Czy głos jest niski czy wysoki. Każdy element zaczyna mieć inne znaczenie. W romansach największy nacisk kładzie się na chemie pomiędzy aktorami. I film może mieć niesamowity scenariusz, wypełniony symboliką po brzegi, poruszający i tak dalej, ale gdy nie ma chemii między główną para, cała produkcja leży. Widzowie nie uwierzą już w żadną wielką miłość, w żaden romans i porzucenie. W żadną rozpacz. To co w Zimnej Wojnie niesamowite, to jest właśnie ukazana miłość. Taka absolutna. Taka, która rzucona w przestrzeń, wraca jak bumerang. Namiętna, rozpaczliwa, bezwzględna, złośliwa i cudowna. Taka miłość już się nie zdarza, ale Paweł Pawlikowski chce byśmy w nią uwierzyli. I nie ma że symbole, nie ma że Polska Ludowa. Ważna jest miłość, która została wytworzona przez niesamowitą chemię pomiędzy aktorami. 

Definicją idealnego filmu jest zakończenie. Nie ważne jak zaczynasz, najważniejsze jak kończysz. I może to być pełne szczęścia zakończenie rodem z bajek Disneya, a może to być śmierć niczym w Romeo i Julii. Zakończenie musi zawierać puentę - coś, co w głowie widza zamknie historie raz na zawsze lub pozostawi ją otwartą na wieki. Wszystko zależy od zamysłu reżysera i scenarzysty. Teraz jest też moda na nieszczęśliwe zakończenia. Bardziej doceniamy film, który źle się skończył, niż ten, który ukazał nam bohaterów w sytuacji "żyli długo i szczęśliwie". A może to tylko przejaw tego, że nasze społeczeństwo uwielbia tragedie. Ja ich fanką nie jestem. 

Jednak filmy idealne to to, na co czekamy latami. Czy Zimna Wojna jest perfekcyjna we wszystkich tych aspektach? Tutaj musicie odpowiedzieć sobie sami. Bo według mnie na pewno w jednym jest i to aż do bólu.

Źródło zdjęcia: nczas.com

13 powodów i pogrzeb: ciąg dalszy



W tamtym roku, mniej więcej o podobnej porze, siedziałam pewnego kacowego dnia oglądając serial "13 powodów dlaczego". I byłam zachwycona w jak dobry sposób twórcy opowiedzieli historie dzieci, które są dręczone w szkole. Bo one nie dotyczą tylko Hannah Baker, ale także nas wszystkich. Mówiąc nas, mam na myślę mnie i Ciebie - osoby, które wytykano palcami na forum klasy i nazywano głupkami. Ale to akurat lajtowa wersja. Pierwszy sezon zostawił nas ze sporym niesmakiem i przemyśleniami, jak i długą dyskusją na temat molestowania. Natomiast drugi sezon po postanowił się speuntować, a na to właśnie czekaliśmy.

Gdy wypuszczono serial myślę, że nikt nie podejrzewał, że urośnie on do rangi edukatora tłumów. Miał przecież tylko za zadanie pokazać nam, jaki wielki problem Amerykanie mają w szkoła z dręczycielstwem. I że to nie jest tylko pokazywane w filmach, to wszystko prawda. Przy okazji uruchomił on wiele dyskusji - o molestowaniu, wykorzystywaniu kobiet oraz gwałtach. Mam taką małą teorie, że on też się trochę przyczynił do głośniejszych rozmów nt. sytuacji kobiet w branży filmowej jak i innych miejscach pracy. Serial był na tyle wstrząsający, że poruszył twórców wielu blogów, którzy opowiadali na ich łamach o swoich przeżyciach ze szkoły. Najbardziej on dotknął właśnie te osoby, które dręczenie przeżyli na własnej skórze i mimo wielu nieprzyjemnych chwili, dali radę. 

Pod względem technicznym - pierwszy sezon to było coś. Fabuła zbudowana o 13 kaset, które nagle wybuchają wszystkim bohaterom w twarz. Hannah opowiada na nich swoją historię praktycznie zza grobu, niby obwiniając o swoją śmierć wszystkich znajdujących się na kasetach ludzi. Ona po prostu wskazała ich palcem, prawie robiąc z nich morderców. Przy okazji trzyma tak w napięciu, że masz wrażenie, że za chwile wybuchniesz. Chcesz wiedzieć co dalej po każdym, prawie godzinnym odcinku. Prawie płaczesz gdy okazuje się, że oni odjechali samochodem w stronę słońca i pozostawili po sobie wiele znaków zapytania. Bo bohaterom wcale nie towarzyszy ulga, tylko jeszcze większy gniew. Nie tylko są wściekli na Hannah, że zostawiła ich z takim brzemieniem, ale także na siebie. Nie potrafią ani jej ani sobie wybaczyć. 

W drugim sezonie obserwujemy tok wydarzeń parę miesięcy po jej śmierci jak i w trakcie procesu jej rodziców przeciwko szkole Liberty. W ciągu kolejnych 13 odcinków rozłożono te tragedie na tak małe cząsteczki, wręcz atomy, że przez pierwsze dwie godziny zdarzało mi się parę razy ziewnąć. Najpierw rozmawiano o jej przyczynach, potem skutkach. Każdy powód miał innego adresata, który za każdym razem był wskazywany. Pokazywano sytuacje z dużo większym zbliżeniem, wieloma szczegółami oraz odkrywano przed widzami fakty, o których nie mieliśmy wcześniej bladego pojęcia. Łączono i rozdzielano pary. O dziwo - wybaczano.  Ten sezon był wypełniony po brzegi emocjami - nie tylko związanymi z tragedią, ale także takimi, których byśmy się nie spodziewali.

Do tego w każdym calu został kapitalnie zrealizowany, na co składa się wspaniale dobrana ścieżka dźwiękowa. Miód dla mych uszu.

Serial stał się narzędziem do pokazywania istotnych problemów społecznych dzisiejszej młodzieży. Punktuje każdą sytuacje i pokazuje jej rozwiązanie. Możemy też zobaczyć, co siedzi w głowie nastolatkom, a czego dorośli nigdy nie zrozumieją. Jest świetnym nośnikiem bardzo cennych informacji nie tylko dla rodziców takich dzieci, ale także dla ich samych. Uczy ich w bardzo trudny sposób - poznawczy. Czuje, że stanie on się tym narzędziem na stałe. Jednak historia Hanny Baker już temu nie posłuży, bo ją już spuentowano - 11 powodów to czasami za mało. Ale polubieni przez nas bohaterowie będą dalej przekazywać jakieś mądrości - co tym razem? Zobaczymy za rok. 

Ocena: WARTO
Źródło zdjęcia: hollywoodlife.com

Brazylijska telenowela dla opornych



Każdy z was oglądał kiedyś brazylijską telenowelę. Walkę pomiędzy rodzinami, kochankami czy to jak dwie kobiety wyrywały sobie włosy, a potem wydłubywały oczy przez faceta, który na końcu palił cygaro w wielkim, skórzanym fotelu. I niektóre z was (lub niektórzy) zęby i włosy zjedli na tych wszystkich emocjach, które towarzyszyły głównym bohaterom. Jedną z takich telenowel w Ameryce była kiedyś "Dynastia" z wieloma pamiętnymi rolami i cytatami. Niedawno postanowiono powtórzyć sukces słynnego serialu i stworzyć nową jego wersję tzw. "Dynastia" 2.0.

Luksus, przepych, wielkie domy i ogrody, mnóstwo agresywnych psów, jedwabne szlafroki, błyszczące diamenty i inne artefakty towarzyszyły rodzinie Carringtonów od pokoleń. Potentaci przemysłu naftowego przeżywają swoje wzloty i upadki na szklanym ekranie podczas 9 sezonów w latach 80 XX w. W końcu tak bogatej rodzinie zdarzają się same niesamowite i nieprawdopodobne rzeczy na świecie. Wszyscy chcą się nawzajem pozabijać albo pokochać. Każdy kocha każdego, w zależności od sezonu oczywiście. Zanim się obejrzysz, cały świat zmienia się o 180 stopni.

Przeszło 30 lat temu ten serial był ikoną. I nie tylko przez niesamowitą grę aktorską, ale także fabułę. Może chwilami pretendował do chamskich telenowel brazylijskich, ale chyba nie przekroczył tej niesmacznej granicy. Do dzisiaj będę pamiętać rolę Joan Collins (Alexis Carrington), która ubrana w najlepsze kreacje Givenchy chciała mordować swoją synową, a w drugiej scenie chciała otruć swojego męża. Do dzisiaj wiele memów krąży po internecie z jej złotymi myślami. Nie można było się jej oprzeć.

W sequelu serialu twórcy postanowili trochę zmienić role bohaterów. W tej "Dynastii" Blake Carrington (Grant Show) - potentat naftowy i elektryczny bierze za żonę Cristal (Natalie Kelly), swoją PR menadżerkę i robi ją COO firmy. Okazuje się, że ona wcale się tak nie nazywa i uciekła dawno temu z Wenezueli. Jego córka - Fallon - to bardzo uparte, bezczelne i materialistyczne dziewcze. Oczywiście nienawidzi swojej nowej macochy i lubi wyrywać jej włosy. Steven - syn Blake'a - jest gejem, byłym narkomanem i całkiem inteligentnym kolesiem. Jeff Colby - to bogaty dzieciak, który dorobił się na aplikacjach - przy okazji lata za Fallon, nie bez powodu. Do tego dołożono - Culhane'a - kierowce Carringtonów, z okazjonalnym, a potem poważnym romansem z Fallon oraz Sama - siostrzeńca Cristal, który uciekł od matki i przyjechał do bogatej ciotki. W trakcie serialu ukazuje się także Alexis Carrington - szczerze znienawidzona matka dzieci Blake'a. Biorąc pod uwagę stary serial, w którym to Alexis była drugą żoną, Krystal pierwszą, a Colby był miłością życia połowy kobiet znajdujących się w życiu Blake'a, to twórcy trochę namieszali. Jednak sprawili tym, że połączenia pomiędzy bohaterami są naturalne i się nie krzyżują, przynajmniej na razie.

Obsada serialu nie robi jakiegoś niesamowitego wrażenia. Mamy w niej samych serialowych aktorów m.in - Nicolette Sheridan - znaną z "Gotowych na Wszystko", przepiękną Nathalie Kelly (Cristal) dryfującą gdzieś w "Szybkich i Wściekły" oraz wschodząca gwiazdę Elisabeth Gillies - która na mnie zrobiła największe wrażenie. Rolę Fallon zagrała po mistrzowsku, sprawiając, że widz kocha ją i jednocześnie nienawidzi. Bo nie wie czy ma serce z kamienia, mózg z bibuły, czy może wszystko tak naprawdę na miejscu.

Ewidentną zaletą powtórki z rozrywki jest to, że zamiast tasiemca i okropnej telenoweli mamy serial, który jest z jednej strony - dramatem kryminalnym, który całkiem wciąga. Akcja zmienia się z odcinka na odcinek, przerzucając za każdym razem nienawiść na inną postać, aż w końcu wybucha. I to akurat nic dziwnego, bo w takich serialach najczęściej fabuła jest bardzo szybka i nie pozostawia czasu dla widza by oswoić się z jakąś sytuacją. Z drugiej mamy istną popisuwę byłych twórców "Plotkary" w zakresie tworzenia wielorakich wątków miłosnych. Ale dzięki temu serial ogląda się tak samo jak pije prosecco do kolacji - przyjemnie. 

Nie twierdzę, że to jest wybitne dzieło. Poprawiłam bym parę szczegółów - temperament Fallon, który jest chwilami za mocny, Blake powinien grać z uczuciem, a nie z miną "nie chce mi się, może cięcie?", a romanse mogłyby kończyć się fajerwerkami, bo na razie smutek i zgrzytanie zębów. Jednak serial zasługuje na pochwałę za super scenografię i kostiumy, które w końcu dorównały wspomnianej wyżej "Plotkarze". Wszyscy są tam mistrzami w łączeniu Chanel z Givenchy, ale logotypy pojawiają się z rzadka, co bardzo szanuje. Dodatkowo trzyma w napięciu, ale nie powoduje wylewu łez - tak jak w przypadku każdej telenoweli brazylijskiej. Twórcy nie chcieli ugrać czegoś przez emocje widza, ale przez jego chęć śledzenia dalej losu bohaterów. I muszę przyznać, że im się to udało. Dla każdego hejtera telenowel oraz dla byłych fanów "Plotkary" nada się on jak ulał.

OCENA: warto, ale w wolnej chwili

Źródło zdjęcia: antonia.it

Dlaczego zasnęłam na Deadpool 2?



Koleś, który stał się klasyką kina w dwa lata! W 2016 roku rozwalił światowe Box Office i pobił wszelkie rekordy. A dzisiaj? Ocena na Filmwebie: 8,2, a ja dałam 5, a na seansie... zasnęłam. Może to było zmęczenie, może pogoda, zły biomet albo.. ten film był po prostu nudny?

Prawdopodobnie padłam po pierwszych 15 minutach. Po tym jak jego dziewczyna umiera i on postanawia rozwalić się na drobne kawałeczki. Wyglądało to całkiem spektakularnie. Potem pamiętam jak próbowałam walczyć ze swoją głową, która bezwiednie opadała na ramie pustego fotela obok. Otwierałam i zamykałam oczy na przemian jak jakaś debilka. Pan dwa siedzenia dalej musiał mieć ze mnie niezły ubaw, albo był tak przejęty filmem, że nawet nie zauważył jak bujam się niczym dziecko niczyje.

Przebudziłam się nagle na scenie, w której wprowadzili postacie X-menów i sobie pomyślałam, że wyglądają żałośnie. Jeśli Marvel planuje z nimi zrobić finalnie to co zrobił w Deadpoolu, to jestem przerażona. X-menów czeka totalna makabra. Bo czym są metalowy koleś, laska o różowych włosach i jakaś Japonka? Serio Marvel? Stać Cię na tylko tyle? Nie takich X-menów pamiętamy i nie takich chcemy oglądać. Coś się komuś tam nad tym scenariuszem grubo pomyliło.

Następnie pamiętam walkę z Cable, ale to tak bardzo na wyrywki, bo jakby ktoś się mnie zapytał co to za koleś, to nie mam pojęcia. Pochodzi z przyszłości, przyjechał kogoś chyba uratować? Jak już finalnie postanowiłam się obudzić, to walczyli o jakiegoś gówniarza, co ział ogniem, ramie w ramie. Nagle się kochali i rzucali sobie na ratunek. A to już Marvel nie potrafi stworzyć prawdziwych złoczyńców, tylko daje nam jakieś pół-środki? Już nie wspomnę o udawanej śmierci, która finalnie została cofnięta. To wypadło na poziomie "Strasznego filmu" i wszystkich tego typu beznadziejnych, amerykańskich komedii, co mnie najbardziej zaskoczyło. Gdzie mądry, przemyślany żart? Ktoś pisał tę fabułę na kolanie, że zapomniał jak się sam Deadpool nazywa?

Na pierwszej części płakałam ze śmiechu. NON STOP, cały film. Nic nie było na siłę, a Ryan Reynolds był naturalny. Byliśmy w filmie, a nie w rzeczywistości. A w dwójce? Żarty suche, ciągle w temacie fiutów, seksu, gejów i tak dalej. Najczęściej dogadywane i sytuacyjne, bo Deadpool ogólnie się nie zamyka, do każdej sytuacji i każdego tekstu musi dodać swoje 3 grosze. Żartowano również z świata poza filmem (czyli naszego) i to było strasznie słabe. Wszystko zdawało się być totalnie na siłe, zrobione na odwal. Wyglądało to też tak, jak kiczowaty film klasy B z efektami specjalnymi klasy AA+. Ale krytycy zachwyceni, fora opływają się w słowach: zajebisty, wciągający, lepszy od pierwszej części, dali radę i tym podobne. A ja chyba jestem w takim razie jakaś nienormalna.

Albo po prostu mam spaczone poczucie humoru, kij w tyłku tak głęboko, że nie znam się na żartach i wzięłam wszystko totalnie na serio. A ten film jest przecież zaprzeczeniem wszystkich ekranizacji komiksów o superbohaterach. Bo Ryan jest brzydki jak cholera, nie trzyma się żadnych zasad, strasznie dużo przeklina i jest debilem. Szkoda tylko, że napisał sobie sam bardzo głupi scenariusz, dobrał dziwnych kolegów i sprawił, że cały czar, którym posiadał film, przynajmniej u mnie w głowie, prysł.

Marvel, komu pozwoliłeś to zrobić? Dlaczego?

A tak serio, to może pójdę jeszcze raz na to, bo moje odczucia są bardzo dziwne.

OCENA: Nie warto, lepiej pójść spać

Źródło zdjęcia: theverge.com

Poznajcie nieznane oblicze Charlize Theron



Ostatnio zauważyłam taki trend, że nazywa się komediami dramaty. Już skończyły nam się żarty o Żydach, gejach i feministkach, więc chcemy śmiać się z cudzego nieszczęścia? Na tym seansie średnio było mi do śmiechu, gdy w pierwszej scenie filmu "Tully" zobaczyłam wielki brzuch Charlize Theron. A nigdy nie widziałam jej w takiej formie, a przynajmniej w niczym tak bardzo normalnym od czasów "Słodkiego listopada".

Na samym początku wydawało się, że to będzie bardzo normalny film o podstawach macierzyństwa. O tym, że wcale nie jest ono takie jakie pokazuje się w filmach instruktażowych. Najpierw chodzi się z wielki brzuchem, przy którym towarzyszy szereg przypadłości - nudności, spuchnięte stopy, dziwny apetyt, wahania nastrojów i tak dalej. Po porodzie spotykamy się z "cudem", które non stop wrzeszczy. I nie chce przestać, chyba, że dostanie cycka. Najczęściej płacze w nocy, nie dając nam spać. A sen podobno pomaga w regeneracji, która w większości przypadkach nie może nastąpić. Marlo (Charlize Theron) spotyka ten los, gdy rodzi trzecie dziecko. Dwa poprzednie są całkiem ładne, jedno może trochę denerwujące, jednak posiada ona rodzinę idealną. Ale ciągle jej czegoś brakuje.

Po narodzinach Mii brakuje jej przede wszystkim snu. Wiele osób często żartuje sobie, że po narodzinach dziecka możemy być pewni, że nie uśniemy przez następne 8 lat. Jedni twierdzą, że to prawda, inni że wierutne kłamstwo. Brat Marlo (straszny dupek) zaproponował, że zatrudni dla niej nocną nianię. I tak też się stało. Pewnego wieczoru do jej domu wchodzi Tully - piękna, młoda i energiczna dziewczyna. Ma za zadnie odciążyć mamę z nocnej opieki nad dzieckiem, które nie rozróżnia jeszcze pór dnia. Skutecznie jej się to udaje, bo Marlo odzyskuje kolory i radość życia w mgnieniu oka. Zaczyna się na chwilę robić zabawnie, nawet. Ale tylko na chwilę.

Nas, młode kobiety ten film może przerazić. Ciągnąca się w nieskończoność rutyna, bolące cycki, w których zbiera się mleko, dziecko, które praktycznie jest do nas przyssane. To wszystkie uroki macierzyństwa, o których nikt najczęściej nie mówi. Nie zostało to w filmie pokazane w jakiś zabawny sposób, jak głosił trailer, opisy lub plakat. Szczerze? Od pierwszych chwil nie widzę tam nic śmiesznego. Może w ciągu dwóch godzin poleciały dwa zabawne żarty, nic więcej. Obraz przekazuje więcej bólu, brudu, brzydoty i prawdy niż cokolwiek innego.

Dodajmy jeszcze do tego równania brzydką Charlize Theron. Nigdy nie widzieliście jej w takim stanie. Grubą, nie pomalowaną, w ciuchach zupełnie od czapy lub w piżamie, w dziwnie ściętych włosach i jedzącą tacosy zapiekane z serem. Jest to dowód na to, że jest świetną aktorką, która potrafi zagrać słabe charaktery. A ten był bardzo słaby. Marlo jest zmęczona, ma wrażenie, że życie nigdy się nie zmieni, nie ma już siły walczyć o lepsze jutro bo wie, że nie jest w stanie się uwolnić z tej sytuacji. Jest matką i nie może odejść. Ale z drugiej strony też nie chce - bo kocha swojego męża, rodzinę. A wszyscy myśleli, że Theron nigdy nie zagra już nic innego oprócz niebezpiecznej seksbomy czy pogromczyni wszystkich złoczyńców i tak dalej. Tutaj Ci wszyscy bardzo się mylili. Okazało się, że wiecznie piękna, idealnie starzejąca się Charlize może być też gruba i brudna.

Dla mnie to nie była komedia - niszczy ona nie tylko obraz Charlize w oczach publiczności, ale także ukazuje trudy macierzyństwa, takie jakie są naprawdę. Nie polecam przyszłym matkom, w szczególności tym, które zaraz będą się z tym zmagać, ani tym, które planują kiedyś mieć dziecko. Film w szczególności dla facetów. Oni muszą to zobaczyć - to zmieni ich życie na zawsze.

Ocena: nie warto, jeśli liczysz na komedie, warto, jeśli chcesz zobaczyć dobry dramat.


Źródło zdjęcia: variety.com