5 filmów, do których lubię wracać

By 5/07/2018



Kiedyś usłyszałam, że zawartość Twojego iPada opowiada o tym, kim jesteś. Teraz zastąpiła to lista ulubionych utworów, albumów i artystów na Spotify. Ale mam też taką teorie, że sporo mówią o nas filmy, do których często wracamy. Nieustannie - w złej chwili, gdy pada deszcz, gdy czujemy się bezsilni lub gdy jesteśmy strasznie szczęśliwi. Nie wszyscy tak mają, bo niektórzy uważają ponowne odtwarzanie filmów za stratę czasu. Nie ja. Ja czasami lubię obejrzeć jeszcze raz coś, co sprawia, że się uśmiecham. Odsłaniam przed wami tę tajemniczą listę filmów, do których lubię wracać. Uprzedzam, wasze życie nigdy nie będzie takie samo jak kiedyś!

1. Miłość i inne używki (2010) reż. Edward Zwick

Wszystko przez moją miłość do oczu Jake'a Gyllenhala i przez to, że w tym filmie jest strasznie podobny do jednej z moich licealnych miłości. Film jest jak cholera przewidywalny. W sumie przed jego obejrzeniem nie spodziewałam się, że może tak bardzo zaiskrzyć między Ann Hathaway a Jake'iem. Ona je po prostu brzydka (dla mnie) i taka bez sensu. To aż niesamowite, jak to dzieję się na ekranie i po chwili, na sam koniec, jak oni płaczą, to Ty niepostrzeżenie płaczesz z nimi. Te emocje przechodzą przez ekran w taki sposób, że docierają do najgłębszych, najbardziej skrywanych neuronów w naszym ciele. Masz gęsią skórkę, czujesz jakbyś stał koło tych bohaterów i trzymał ich za rękę. Myślałam kiedyś, że bohater - Jamie - jest moim księciem z bajki. Byłam wtedy bardzo młoda. Poziom aktorstwa Gyllenhalla jak zwykle na bardzo wysoki, nawet jeśli produkcja jest głupia i ma sprawić, że Jake będzie miał więcej fanek.
Dodatkowo - przez ten film mam słabość do facetów w białych t-shirtach. Serio.

2. Och, życie! (2011) reż. Greg Berlanti

Pamiętam jedną ze scen z jakiegoś głupiego serialu, na której wisiał plakat: Katherine Heigl przestań dawać nam nadzieje na znalezienie wielkiej miłości! I wtedy pomyślałam o tym filmie. Bo mimo że Heigl nie lubię, to ten film dał mi nadzieje! W skrócie: bad boy grany przez Josh'a Duhamel'a (przeciętnego aktora, ale przystojniaka z prawdziwego zdarzenia) idzie na randkę w ciemno z Katherine. Ich wspólni przyjaciele stwierdzili, że świetnym pomysłem jest zeswatanie ich. Josh spóźnia się godzinę, przyjeżdża motorem (a ona w sukience i na szpilkach), a potem odbiera telefon od laski, która czeka na niego z nogami na oścież. Gorzej być nie może. A jednak! Ich przyjaciele giną w wypadku i zostawiają im pod opieką swoją słodką córeczkę.
Dziewczynka na zawsze łączy losy tej dwójki, tworząc z nich niepowtarzalną rodzinę.
Katherine Heigl jest przeciętną aktorką. Każdą rolę gra tak samo. Tak samo krzywiąc twarz, wydzierając się i wyznając miłość. Nie wiem dlaczego niektóre kobiety nazywają ją bożyszczem komedii romantycznych. Nie z każdym aktorem łapie chemię, z większością jej się raczej nie udaje. Natomiast z Joshem grają mi razem od samego początku. Ona taka ułożona, on taki roztrzepany. Taka standardowa klisza pt. przeciwieństwa się przyciągają. Tak dobra, że znowu niepostrzeżenie zaczynasz płakać.

3. Kobiety pragną bardziej (2009) reż. Ken Kwapis

Film zaczyna się jedną z moich ulubionych scen. Mała dziewczynka bawi się w piaskownicy. Nagle, ni stąd ni zowąd, mały chłopiec rzuca w nią piaskiem i wyzywa. Ona dostaje w oczy i zaczyna płakać. Biegnie do matki i pyta się jej, czy ten chłopiec jej na prawdę nie lubi. A matka jej tłumaczy - że wcale nie - on tylko się z nią droczy, bo tak naprawdę, on ją lubi bardziej niż inne dziewczynki. I ta sławetna mina biednego dziecka, która mówi - ale jak to? Przecież on rzucał we mnie piaskiem!
Nie mam zielonego pojęcia dlaczego ktoś przetłumaczył tytuł filmu z "He's just not that into you" (w tłumaczeniu - nie podobasz mu się) na "Kobiety pragnął bardziej". Niech spłonie w piekle. Nie zmienia to faktu, że wszystkie przytoczone w filmie twierdzenia i definicje są o tym dlaczego się czasami nie lubimy i sobie nie podobamy. Tak jak i o tym, czego nie robić gdy ktoś nie chce powiedzieć tego wprost. Na przykład: czekanie na telefon. Ile razy patrzyłaś się tylko w ekran? Czekając? Miliony. Zastanawianie się. Ile razy wielokrotnie analizowałaś sytuacje z jakimś facetem? Za dużo. I tak mogę wymieniać do końca świata.
Nie ma w tym filmie głównych i główniejszych bohaterów. Jest on połączeniem paru historii, które trafnie pokazują, jak to wszystko wygląda w męskiej i damskiej głowie. Taki poradnik pt. "Instrukcja obsługi kobiety i mężczyzny. Tom 1", która została zekranizowana. Wiedzieliście? No właśnie..

4. Iron Man (2008) reż. Jon Favreau

Czekałam na ekranizację tego komiksu od podstawówki, gdy pierwszy raz kolega opowiedział mi o co w ogóle chodzi w komiksach i mi je pokazał. Robert Downey Jr. jest teraz ikoną w Universum Marvela i stał się, jakby nie patrzeć, niezastąpiony. Ten film również otworzył wiele możliwości ewolucji dla całego Uniwersum i jak to mówią - od niego się zaczęło. Jest w tym filmie wszystko co lubię w superbohaterach i realizacjach Marvela. Jest tam przystojny, inteligenty, bardzo bogaty koleś. Jest piękna asystentka, którą on skrycie kocha, ale jeszcze o tym nie wie. Jest sytuacja, z której trzeba się wydostać. Jest zagrożenie, które trzeba pokonać. Trzyma cholernie w napięciu, nie daje zasnąć, a potem niestety się kończy. Gdybym miała całe dnie, które nie liczyłyby się jako dni tygodnia, tylko po prostu mogłabym je wykorzystać poza czasem ustawowym, to puściłabym sobie w zapętleniu całą trylogie Iron Mana. Serio. Tak bardzo jest ze mną źle. Tak bardzo nie mam innych zainteresowań.

5. Maria Antonina (2006) reż. Sophia Coppola

Historia, która uwiodła mnie swoją prostotą i tragizmem. Jedyna taka na świecie, którą lubię za brak happy endu. A wszystko zaczęło się od tego, że totalnie zajarałam się tematem Rewolucji Francuskiej w liceum. Przeczytałam bardzo dużo fajnych książek na ten temat. Na swojej pięknej półeczce mam też taką, bardzo starą, która towarzyszy mi w niedoli. Uwielbiam do niej wracać. Co ma ta historia w sobie, skoro nie ma szczęśliwego zakończenia i nie daje nadzieji? Pięknych ludzi, piękne miejsca, cudowne czasy, które pierwszy raz były wolne. Ale ta wolność była luksusem, do którego dostęp mieli tylko Ci najbogatsi, na dworze, przy królewskiej rodzinie. Mogli oni jeść, pić i ubierać się jak chcieli, ale to wszystko. Nie mogli kochać kogo chcieli, a wręcz ta właściwa miłość ich gubiła. Historia królowej Marii Antoniny rozpoczyna się od przepychu i dla mnie jest on początkiem konsumpcjonizmu i luksusu. Przez te wszystkie lata postrzeganie go ewoluowało na tyle, by teraz przyznać z ręką na sercu, że dla nas luksusem jest czas, a nie konsumpcja. Prawda?
Uwielbiam też niedopowiedzenia w filmach Sophii Coppoli. Nie ma tam dużo scenariusza mówionego. Postacie pokazują to, co widz ma poczuć. Film jest ukazywany, a nie słuchany. By zrozumieć go w pełni, musisz się dobrze przypatrzeć. Ale ten film jest niesamowity też dzięki Kirsten Dunst, przepięknym charakteryzacjom, scenografii i idealnym kostiumom. Niestety Sophia, którą niby tak dobrze znałam, po wielu latach gdzieś zniknęła. Jej ostatnie filmy nie dosięgają do pięt, tym dwóm pierwszy, a szkoda.

Źródło zdjęcia: omdc.com

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze