Poznajcie nieznane oblicze Charlize Theron

By 5/14/2018



Ostatnio zauważyłam taki trend, że nazywa się komediami dramaty. Już skończyły nam się żarty o Żydach, gejach i feministkach, więc chcemy śmiać się z cudzego nieszczęścia? Na tym seansie średnio było mi do śmiechu, gdy w pierwszej scenie filmu "Tully" zobaczyłam wielki brzuch Charlize Theron. A nigdy nie widziałam jej w takiej formie, a przynajmniej w niczym tak bardzo normalnym od czasów "Słodkiego listopada".

Na samym początku wydawało się, że to będzie bardzo normalny film o podstawach macierzyństwa. O tym, że wcale nie jest ono takie jakie pokazuje się w filmach instruktażowych. Najpierw chodzi się z wielki brzuchem, przy którym towarzyszy szereg przypadłości - nudności, spuchnięte stopy, dziwny apetyt, wahania nastrojów i tak dalej. Po porodzie spotykamy się z "cudem", które non stop wrzeszczy. I nie chce przestać, chyba, że dostanie cycka. Najczęściej płacze w nocy, nie dając nam spać. A sen podobno pomaga w regeneracji, która w większości przypadkach nie może nastąpić. Marlo (Charlize Theron) spotyka ten los, gdy rodzi trzecie dziecko. Dwa poprzednie są całkiem ładne, jedno może trochę denerwujące, jednak posiada ona rodzinę idealną. Ale ciągle jej czegoś brakuje.

Po narodzinach Mii brakuje jej przede wszystkim snu. Wiele osób często żartuje sobie, że po narodzinach dziecka możemy być pewni, że nie uśniemy przez następne 8 lat. Jedni twierdzą, że to prawda, inni że wierutne kłamstwo. Brat Marlo (straszny dupek) zaproponował, że zatrudni dla niej nocną nianię. I tak też się stało. Pewnego wieczoru do jej domu wchodzi Tully - piękna, młoda i energiczna dziewczyna. Ma za zadnie odciążyć mamę z nocnej opieki nad dzieckiem, które nie rozróżnia jeszcze pór dnia. Skutecznie jej się to udaje, bo Marlo odzyskuje kolory i radość życia w mgnieniu oka. Zaczyna się na chwilę robić zabawnie, nawet. Ale tylko na chwilę.

Nas, młode kobiety ten film może przerazić. Ciągnąca się w nieskończoność rutyna, bolące cycki, w których zbiera się mleko, dziecko, które praktycznie jest do nas przyssane. To wszystkie uroki macierzyństwa, o których nikt najczęściej nie mówi. Nie zostało to w filmie pokazane w jakiś zabawny sposób, jak głosił trailer, opisy lub plakat. Szczerze? Od pierwszych chwil nie widzę tam nic śmiesznego. Może w ciągu dwóch godzin poleciały dwa zabawne żarty, nic więcej. Obraz przekazuje więcej bólu, brudu, brzydoty i prawdy niż cokolwiek innego.

Dodajmy jeszcze do tego równania brzydką Charlize Theron. Nigdy nie widzieliście jej w takim stanie. Grubą, nie pomalowaną, w ciuchach zupełnie od czapy lub w piżamie, w dziwnie ściętych włosach i jedzącą tacosy zapiekane z serem. Jest to dowód na to, że jest świetną aktorką, która potrafi zagrać słabe charaktery. A ten był bardzo słaby. Marlo jest zmęczona, ma wrażenie, że życie nigdy się nie zmieni, nie ma już siły walczyć o lepsze jutro bo wie, że nie jest w stanie się uwolnić z tej sytuacji. Jest matką i nie może odejść. Ale z drugiej strony też nie chce - bo kocha swojego męża, rodzinę. A wszyscy myśleli, że Theron nigdy nie zagra już nic innego oprócz niebezpiecznej seksbomy czy pogromczyni wszystkich złoczyńców i tak dalej. Tutaj Ci wszyscy bardzo się mylili. Okazało się, że wiecznie piękna, idealnie starzejąca się Charlize może być też gruba i brudna.

Dla mnie to nie była komedia - niszczy ona nie tylko obraz Charlize w oczach publiczności, ale także ukazuje trudy macierzyństwa, takie jakie są naprawdę. Nie polecam przyszłym matkom, w szczególności tym, które zaraz będą się z tym zmagać, ani tym, które planują kiedyś mieć dziecko. Film w szczególności dla facetów. Oni muszą to zobaczyć - to zmieni ich życie na zawsze.

Ocena: nie warto, jeśli liczysz na komedie, warto, jeśli chcesz zobaczyć dobry dramat.


Źródło zdjęcia: variety.com

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze