Kochany, szalony McQueen

By 7/23/2018



Ostatnio przyznaje, strasznie przynudzałam. I jako standardowa i niczym nie wyróżniająca się Polka, zrzucę to wszystko na zmienną pogodę. Zmienną tak samo jak w Londynie, lat 90. Jednak tam to były modowe burze z gradem, które powodował nikt inny, a buntownik, wizjoner, człowiek absolutnie wyjątkowy - Alexander McQueen. Kto nie zna, może już teraz wyjść z tego tekstu. Ignorantom tym razem mówimy - nie!

Zacznę od początku. Jest upalny, niedzielny wieczór. W sumie to od tygodni zamierzałam i mogłam na ten film iść, dzięki pierdylionom prelekcji, wystaw i wykładów, które połączono z emisją filmu. W sumie, nie byłoby to głupie, gdyby zachowano odrobinę ekskluzywności i zrobiono dwa takie pokazy, ale było ich 15. I od początku istnienia Facebooka nie byłam zainteresowana chyba 5 takimi samymi wydarzeniami w jednym czasie, co teraz. A jak powszechnie wiadomo, lubię klikać co popadnie byle sobie to zapisać gdzieś. Nie da się też ukryć, że dystrybutorzy filmu mieli za cel dotrzeć do publiki jak najszerzej, więc dosłownie możecie obejrzeć go wszędzie. 

Do kina pojechałam rowerem. I normalnie siadłam, obejrzałam 10 minut reklam, zjadłam ryżowe chrupki, po czym w końcu zaczęli. Film ułożony był taśmami, które Alexander McQueen nagrywał podczas całej swojej kariery. Tak jak też podejrzewacie, najpierw opowiadano o jego rodzinie, potem o początkach nauki, kariery i tak dalej. Standardowa biografia, dokument z wypowiedziami przyjaciół, resztki rodziny i wszystkich tych, co odegrali w jego życiu jakąkolwiek rolę. Na ogół - nie przepadam za dokumentami. Kojarzę je ze zlepkami z tandetnych odcinków Archiwum X oraz reportażami niektórych niezbyt dobrych telewizji śniadaniowych. Unikam jak ognia, chyba, że to temat, który uwielbiam. 

Historia mody. O tym mam najwięcej książek w domu, a czasami twierdzę, że i tak jest ich na tych półkach za mało. Mam także biografię Aleksandra McQueen'a. Książkę, która przede wszystkim rozprawia o jego upodobaniach narkotykowych, suto zakrapianych imprezach, życiu jak z kartki reklamującej lata 90 w Londynie. Wielki, tłoczny, wesoły, non stop pijany, ale inspirujący i utalentowany. I zdaję mi się, że książka jest o zupełnie innej osobie. W filmie poznajemy tego trochę utytego, brzydkiego, ale zabawnego knypka. Na początku zdaje nam się, że to jest nasz kolega z pierwszej ławki. Ten, którego nikt nie lubił bo nosił tylko jeden t-shirt. Okazuję się, że typ ma niesamowity talent i dzięki chwilom, w którym mu się chce walczyć, wygrywa wszystko. 

Jak tu ocenić dokument? To prawie tak jakbym miała oceniać prawdziwe życie projektanta, a tego nie chce robić. Jego decyzje pozostaną z nami na zawsze i pokazują młodemu pokoleniu, że warto. Starać się, próbować wyjść przed szereg, chcieć! Jednak byłam w szoku - na ekranie widziałam jednego człowieka. Nieśmiałego, uśmiechniętego, trochę schowanego. A w jego pokazach i ubraniach widziałam kogoś zupełnie innego. Szatana brytyjskiej mody. Tego, który wyciągał folie i robił z niej sukienkę, rozbierał modelki, opowiadał swoimi ubraniami o gwałtach, śmierci, klęskach.. Opowiadał nam najgorsze historie z najgorszych, pozostając w nich geniuszem. Oglądając dokument, momenty w których puszczali pokazy, czułam podwójnie. Chciałabym właśnie wtedy wskoczyć w wehikuł czasu i pojawić się na którymś z jego pokazów. Usłyszeć muzykę, zobaczyć sylwetki, poczuć te emocje, które towarzyszyły na nich widzom. Siedząc na fotelu kina, ileś lat później, miałam ciary na całym ciele. Dreszcze od ostatniego włosa, po najmniejszy palec u stopy. Czy to normalne, przy oglądaniu dokumentu? Niezbyt.

Oglądając "Voss" prosiłam w duchu, by się okazało, że jest rok 2001 i jeszcze zdążę pójść na ten pokaz. 2008 - i kolekcja na wiosnę/ lato "La Dame Blue" poświęcona pamięci zmarłej przyjaciółki - Isabelli Blow. Majstersztyk. Instalacja świetlna ze skrzydłami nawiązująca do anioła, który właśnie odlatuje. Coś cudownego. Dzisiaj nikt nie robi już takich pokazów mody, bo nikt nie ma do tego głowy. Nikt nie zastanawia się, w jaki sposób opowiedzieć historie, bo ważne jest by ten płaszcz okazał się ulubieńcem blogerek. Lee w dupie miał zdanie innych, co sprawiło, że marka, którą stworzył stała się ikoną. 

Najważniejszy jest w tym dokumencie ukazany kontrast. Pomiędzy człowiekiem - prostym, skromnym, brzydkim - a sztuką, którą tworzył - odważną, wykraczającą poza wszelkie normy i przyzwyczajenia. To właśnie McQueen stworzył brytyjską modę, taką jaką teraz znamy. Kolorową, z rozmachem, nie zważającą na angielską pogodę czy mentalność. Modę, która pozwala ryzykować, a nie wiecznie nosi ten sam płaszcz, tą samą torebkę, ten sam kapelusz.

Film pełen jest emocji, które przechodzą przez ekran i wnikają do wszystkich naszych ośrodków mózgowych. Sprawia, że my chcemy poznać tego Pana. Chcemy przybić mu piątkę i powiedzieć - Tak stary! Dokonałeś tego! To wszystko jest cudowne! Jednak trzeba być wrażliwym na modę, na sztukę, na tę jakość przekazu, którego możemy już w życiu nie doświadczyć.

 Ja tymczasem idę szukać wehikułu czasu, bo muszę zobaczyć "Voss" na żywo, i to natychmiast!

 Ocena: bardzo polecam, ale nie dla modowych ignorantów

Źródło zdjęcia: gq-magazine.co.uk

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze