Krótka chwila dla musicali

By 8/15/2018



Mam wrażenie, że z musicalami jest jak z komarami - mogą sobie latać, dopóki nie słychać jak bzyczą. No i finalnie - nikt ich nie lubi. Wszystko byłoby spoko, gdyby spokojnie egzystowały sobie na Brodwayu i dały szklanemu ekranowi spokój - ale nie. Powstają jak grzyby po deszczu i to nawet, są nagradzane Oskarami. Wyobrażacie sobie komara z Pokojową Nagrodą Nobla? No właśnie! Więc o co chodzi z musicalami i dlaczego są tak znienawidzone?

Musical to forma teatralna łącząca w sobie muzykę, piosenki, dialogi i taniec. Najczęściej poprzez piosenki wyrażana jest fabuła - ta forma powstała pod koniec XX wieku na Broadwayu i jest wystawiana tam do dzisiaj. Jest także najpopularniejszą formą musicalu. Od tego czasu ten spektakl przybral rożne formy - łączy muzykę popularną, z odpowiednim dialogiem czy muzykę oryginalną z tańcem. Musical przeszedł na wielkie ekrany w latach 20 XX w. poprzez film Śpiewak Jazzbandu, wiązało się to z początkami stosowania dźwięku w filmach. I tak przez prawie 100 lat musical przechodzi przez ręce wielu szarlatanów, którzy stworzyli z niego popularno niepopularną formę rozrywki dla mas. 

Oczywiście, nie jest do końca tak, że musicalu się nie docenia. Bo tak! Bez pewnych produkcji nasze życie w popkulturze nie byłoby takie samo. Do historii przeszły ścieżki dźwiękowe z musicali takich jak: Grease - opowieść o ostatniej klasie maturalnej, z której każdy, dosłownie każdy podśpiewywał hit You're the one that I want; Hair - gdzie hipisowska młodzież śpiewa do swoich i o swoich włosach, a my z radością nucimy utwór Let the sunshine in. Moje ulubione z czasów współczesnych to na pewno: Chicago - współczesny, rytmiczny jazz z Renee Zellweger; Moulin Rouge z Christiną Aguilerą, o zamiłowaniu do burleski. Oczywiście istnieje także serial i tutaj dominuję - Glee - chór z liceum w małym miasteczku coveruje popularne piosenki. Ale ostatnio hitem kin był La La Land z Ryanem Goslingiem i Emmą Stone, a także Mamma Mia - opowieść o greckiej przygodzie pewnej amerykanki z piosenkami Abby i Maryl Streep w tle.

Muscial ma swój indywidualny klimat. Nic nie trzyma się tam kupy, bo w trakcie ważnego momentu bohaterowie stają na stole i zaczynają śpiewać. A ty myślisz sobie - co by było, gdybym ja tak kiedyś wstał? Wszystko w musicalu jest odarte z jakiejkolwiek rzeczywistości i staje się - teledyskiem. Bohaterowie śpiewają, tańczą z całym miastem, skaczą po fontannach, krzesłach, barach, oblewają się w ciągu 3 minut, po czym wracają do sceny wyjściowej. Jest to trudna forma do zrozumienia przez normalnego Kowalskiego, któremu przypada do gustu jedynie Bogusław Linda, ale ja raczę się nią raz na jakiś czas. I nie dziwi mnie fakt, że ktoś może jej nie lubić - jest najsłodszym cukierkiem na świecie, nawet jeśli śpiewa tak smutno jak Nędznicy. Potrafi posłodzić nam tak dwie godziny, że wychodzimy z cukrzycą typu C.

Problem musicalu polega na tym, że bardzo łatwo go zepsuć. Jeden zły ruch i cały mariaż produkcji leży na łopatkach, a my wychodzimy z kin zawiedzeni i rozczarowani. Ale gdy film jest zrobiony dobrze, przyjemnie nam się podśpiewuje przez 2 godziny. Czasami nawet w musicalu nie patrzy się szczególnie na grę aktorską - ta może być i płytka, czasami niedopracowana - ale ścieżka dźwiękowa jest tutaj kluczem. Ja nie przepadam za bardzo za piosenkami oryginalnymi - trudno jest wpasować i wymyślić do sceny coś, co nie wyjdzie przerysowanie. Akurat w produkcjach takich jak La La Land to się w większości udawało, ale były momenty w których nie rozumiałam skąd taki zachwyt nad tym filmem. Ryan Gosling był niedokładny, słychać było, że często musieli wygładzać mu głos, a Emma? Tańca uczyła się tygodniami. Nie zmienia to faktu, że razem wyglądają słodko. Gdy ścieżka dźwiękowa jest coverowana, warto zrobić to dobrze. Pomyśleć o zmianie linii melodycznych, tak by widza zaskoczyć czymkolwiek, skoro zna dany utwór na pamięć. Nie sztuka zaśpiewać coś akustycznie lub z pomocą chórku, ale inaczej? Czemu by nie. 

Twórcy Mamma Mia nie pomyśleli o tym, ale nie sprawiło to, że film zebrał złe recenzje. Wręcz przeciwnie - wszyscy go bardzo kochają. Piosenki Abby to hit nad hitami, nawet prosty Janusz podśpiewywał je na seansie, po czym wyszedł i powiedział, że mogli by śpiewać o połowę mniej. Oj Janusz. Pierwsza część to klasyka wśród musicali, które trzeba obejrzeć. Druga, która swoją premierę miała w tym roku - jest trochę na siłę. Jak większość części drugich kultowych produkcji. Piosenki się powtarzają, chociaż czasami są w lepszym wykonaniu. Poznajemy losy młodej Donny, która postanawia nagle wyjechać na małą, grecką wyspę, poznaje podczas tej podróży 3 przystojnych kawalerów, z którymi płodzi dziecko (albo z którymś z nich). Jej zmagania opiewają piosenki Abby, a na końcu wchodzi Cher - cała na biało. Jej jestestwa w tym filmie już kompletnie nie rozumiem. Cher jest gwiazdą tego samego kalibru co Abba i wygląda to mniej więcej tak, jakby Michael Jackson śpiewał hity Beyonce. Nie klei się to w jedną całość. Może zamysł filmu był dobry, ubawiłam się przy kolejnych aranżacjach Knowing Me, Knowing You czy Fernando, ale czasami warto jeden hit zostawić, niż na siłę robić jego kontynuację po 10 latach. 

Takie produkcje jak Mamma Mia to rzadkość. Kochamy je, bo zawierają w sobie nasze ukochane piosenki. Nieodczekanie gdy prawdziwe, fabularne musicale przejdą do mainstremu. A dlaczego ich nienawidzimy? Bo lawirują w totalnie innym, bajkowym świecie, który zrozumie tylko prawdziwy twardziel. Więc jeśli jesteś prawdziwym twardzielem, komary Ci nie straszne, śmiało oglądaj wszystkie musicale. Nie krępuj się, uznamy, że to takie nasze wspólne - guilty pleasure - a ja nie powiem o tym nikomu.

Źródło zdjęcia: elle.dk

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze