Kwantowy świat Scotta Langa

By 8/06/2018



Pamiętacie film "Mucha"? O jezu, ja go zapamiętam do końca życia. Zapisał się w mojej pamięci jako najbardziej obleśny film w historii całej kinematografii. Nigdy z mojej głowy nie zniknie obraz człowieka przekształcającego się w obleśna muchę. NIGDY. Ale tu nie o muchach będzie mowa, tylko uczynnej jednej mrówce..  Ona postanowiła tym razem całego świata nie ratować, a przynajmniej nie naszego świata, tylko swój własny.

Znacie taką mistyczną teorię, w której ludzie uważają, że świat dzieli się na małe, mikro-światy? Każdy z nas ma swój własny. Swój punkt widzenia (siedzenia), rodzaj światów (czyiś), których przyciąga oraz okoliczności, które mu się napataczają. Dresy zawsze będą przyciągać dresy, bogaci bogatszych, a debile debili i tak dalej. Rzadko da się tak po prostu swój świat zmienić, ale jeśli się bardzo chce, to czemu nie? Stąd pewnie też powiedzonko - że jak chcesz zacząć zmieniać świat, zacznij od swojego. Scott Lang należał kiedyś do jednego ze światów - więziennego i całkiem mrocznego. Można powiedzieć, że był nieudacznikiem. Trafił do paki, żona od niego odeszła i nie mógł widywać córki. Ale gdy pojawił się koleś ze strojem, który zaproponował mu bycie swoim następcą, Scott zmienił swój świat. 

Bycie Ant Manem Langowi wyszło na dobre (powiedzmy). Bo nie jest Iron Manem - nie wszyscy go znają, uwielbiają i czczą, ale nie jest też Deadpoolem - brzydkim, głupim antybohaterem. Scott to Scott - ukrywa się, zmniejsza, powiększa, lata na mrówce. Nie ma nic wspólnego z Avengersami, chociaż bardzo by chciał. Niestety jego tajemnej technologii nikt nie może odkryć i w tym problem. Jest raczej nieokrzesanym typem, który więcej żartuje niż mówi coś mądrego. O tyle dobrze, że został wyjęty z tej kliszy prawdziwego bohatera na tyle, że lawiruje między jednym światem a drugi. Więc jak tu go nie kochać?

Pierwsza część nie była odkryciem Ameryki przez Marvela. Obsadzony w roli głównej Paul Rudd wydawał się sztywny i taki tam trochę za karę. Naciskał guziczki jakie trzeba, robił dobre miny do kamery jak do złej gry, więc początkowo w ogóle mnie do siebie nie przekonał. Czemu mam niby lubić tego bohatera skoro nie wyraża on żadnych emocji? W końcu doszliśmy do sceny, w której Scott przenika do kwantowego świata i dzięki miłości do córki się z niego wydostaje. I to rozumiem, ten Pan jednak ma uczucia. 

Druga część - "Ant Man i Osa" - miała za zadanie być bardziej brawurowa. Oś czasu osadzona mniej więcej półtora roku po ostatnim Kapitanie Ameryce zobowiązuje scenarzystów do walczenie ze sobą (lub to tylko ja ciągle szukałam nawiązań do Avengersów 4) by nie uchylić rąbka tajemnicy lub nie połączyć dwóch filmów. Według moich obliczeń dzieje się to też mniej więcej w tym samym czasie co "Wojna bez granic". Jednak Scott siedzi w areszcie domowym za przewinienia z Rosji, a Hank musi się ukrywać. Służby szukają go by wykraść mu sławetną technologie. Gdy okazuje się, że Scottowi po kwantowym świecie została cząstka żony Pyma - Janet, zaczyna się zabawa. Lang dostaje partnerkę w postaci Hope (Evangeline Lily), która przejmuje strój Osy. Ona nie potrzebuje mrówek do latania ani kąśliwego żartu, więc raz ruszają by uratować żonę Hanka. Fajnie też, że między nimi jest chemia. Zgrywają się przy większości scen, mimo, że charakterowo dzielą ich wszechświaty. Pojawia się też Duch, pojawiają się gangsterzy, dobre, śmieszne żarty, sytuacyjne podśmiechujki i tak dalej.

Nie da się ukryć, że ten film został zrobiony z pełną radością. Widać w tym jak Studio bawiło się efektami specjalnymi, postaciami i scenariuszem. Nie brakło łzawych scen, efektownych pościgów, świetnej scenografii i cudnych tekstów dla publiczności. Rudd się trochę rozruszał, a jego partnerka w końcu wyjęła kij z tyłka. Nie ma już dziwnych włosów i zbyt zgrabnej sylwetki. W końcu zaczyna być ciepło i rodzinnie. Wszystko jest tak jakby na miejscu. Mamy się do kogo przywiązać i śledzić losy. Brzmi dobrze, prawda? 

Czekając do sceny po napisach uświadomiłam sobie, że Ant Man tak jak Deadpool nie ma prawa pojawić się w następnych Avengersach. Nie będzie ich ratował ani nic, a szukanie jakiejś podpowiedzi w nadchodzących minutach to będzie jak szukanie igły w stogu siana. 

No cóż, o tym, czy miałam rację musicie się przekonać sami idąc do kina.

OCENA: warto!

Źródło zdjęcia: digitalspy.com

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze