Problemy seriali DC Universe

By 9/17/2018



Teoretycznie ten tekst nie miał powstać, ale wczoraj zamiast leżeć sobie spokojnie w domu wybrałam się na film o murzynach. I sumie mi się nie podobał, a cały jego anturaż w postaci super tematu, rozmył się gdzieś daleko, daleko za horyzontem. Więc po co o tym pisać tekst? Natomiast od tygodni męczę Arrow, z czystej, nieposkromionej ciekawości. Kiedyś oglądałam Flash, a czasami włączę sobie Supergirl. Nie omieszkam też przełączyć się na filmy DC i zobaczyć jak konkurencja sobie radzi. Tylko problem polega na tym, ze niezbyt sobie radzi. W tym momencie znajduje się 20 lat za tymi, wspomnianymi wcześniej, murzynami. I chce Wam opowiedzieć dlaczego.

Każdy fan Marvela to powie: DC jest beznadziejne. Nie będę tutaj wspominać o filmach takich jak Batman czy Superman, bo to nie tekst o tym. Oprę swoją teorie tylko na serialach. Tych z ligi klasy B. Większość to historie warte opowiedzenia, są na początku całkiem wciągające. Co ciekawe, wszystkie zostały umiejscowione w jakimś, równoległym świecie. Świadczy o tym na przykład to, że miasta zostały inaczej ponazywane. Faktycznie stworzono je ze zlepku Vancouver (Kanada) i amerykańskich metropolii typu Los Angeles czy Portland. Całe Uniwersum jest złożone z wielu, wielu bohaterów. Jest ich milion w porównaniu do Marvelowskiej szajki. Jednak Ci serialowi, a Ci filmowi zostali oddzieleni między sobą grubą kreską. Całe szczęście.

Zacznijmy od przerobionej historii o Robin Hoodzie. Arrow to serial o kolesiu, który niczym Tom Hanks przeżył na bezludnej (nie całkiem) wyspie i wrócił jako bohater, który wyzbywa się z miasta ludzi, którzy je zawiedli. Pozbawiono go super mocy, ale nie oszczędzono mu nabytych, przypadkiem umiejętnościach. Szkoda tylko, że postać zagrana jest wyjątkowo słabo. Aktor odgrywający głównego bohatera - Stephen Arnell - jest totalnym drewnem. Dla niego powiedzenie "kocham Cie" jest jak poproszenie o kanapkę, a "zabije Cie" jak powiedzenie, że chce obejrzeć dzisiaj mecz piłki nożnej. W jego grze nie ma żadnych emocji, cały czas jest smutny i nostalgiczny. Pomijam oczywiście  to, jak najgorzej na świecie odgrywa swój problem z podwójną osobowością. Jak bardzo nie umie sobie z tym poradzić, a ja zamiast mu współczuć, wybucham przy tych scenach salwą śmiechu.
Problemem tego serialu jest też banalna fabuła. Na żadnym etapie rozwoju bohaterów czy prowadzenia walk, nikt mnie nie zaskoczył. Czy nie zasługuje przynajmniej na drobną, malutką niespodziankę? Na przykład taką, w której główny bohater nie umiera i nagle nie powstaje z grobu jego była dziewczyna?

Tymczasem zwykłego, wychudzonego śledczego w pobliskim mieście trafia piorun. Ale nie taki zwykły piorun, tylko taki ze specjalnymi mocami. W ten sposób powstaje ultra szybki gość, w dziwnym czerwonym stroju. Przy okazji uważa się za zabawnego i nazywa się Flash. Najszybciej pędzi za gościem który zabił mu matkę, wiec gdy już go łapie, traci sens życia. Albo serial zaczyna tracić sens. Najlepszy jest w nim wątek wielu światów. Chłopaki nagle odkrywają, że można się przemieszczać pomiędzy równoległym Ziemiami, w których każdy z nich ma swój odpowiednik. I tak w sumie na tych światach mija nam sezon, a potem dwa. Wiele razy Ziemia miała przestać istnieć. A ile razy Flash miał zginąć, to wiedzą tylko jego twórcy.

Na tym samym podwórku, ale w innym równoległym świecie jest sobie Supergirl. Jeśli czytaliście taki tekst jak - 5 seriali, których obejrzenia się wstydzę - to dobrze wiecie, co o niej sądzę. W skrócie: dramat. Najlepsze jest, że twórcy nie szczędzą sobie crossowania tych wszystkich postaci i wprowadzania ich do pojedynczych odcinków. Nagle Supergirl trafia do Flash i okazuje się, że właśnie tam rozwiązuje się jakiś jej ból dupy. A ja nawet o tym nie wiedziałam. I tak w kółko. Scenarzyści, producenci i całe studio nie ma litości dla fanów seriali i tworzy z tego "Avengersów dla ubogich". Taka jest prawda, więc jeśli kogoś tym stwierdzeniem uraziłam, bardzo jest mi przykro.

Po obejrzeniu tych trzech seriali myślę, że wykwalifikowałam się do tego by oceniać na czym polega problem świata stworzonego przez DC. Po pierwsze: widać gołym okiem, że są nisko budżetowe. We Flashu momentami efekty specjalne były jak z lat 70. Kolorystyka i montaż? Jak od 2 latka, który dostał Maca Pro. Po drugie: dziwna obsada. Ja rozumiem, że do roli bohatera, który inspiruje się Robin Hoodem trzeba wziąć jakiegoś seksownego, tajemniczego oprycha, ale może przynajmniej takiego, który umie wyrażać emocje? Przynajmniej tonem głosu? Po trzecie: z sezonu na sezon widać w tych serialach, jak jego twórcy nie mają na nie pomysłu. Myślicie, że crossowanie ich nawzajem wprowadza element zaskoczenia? No nie, Marvel wpadł na to 3 lata temu, a i tak nie robi tego po chamsku. Po czwarte: identyczny banał. Ile razy na tym samym ekranie, mogę oglądać tę samą historię? Jest koleś, dostaje/ wyrabia sobie super umiejętności, ktoś mu zginął, albo co gorsza, ktoś mu kogoś zabił, on chce się zemścić. Dodajemy do tego równania jeszcze jakaś gorącą laskę, rywala, jeszcze ze dwie osoby, które trzeba ratować i voila! Serial gotowy. Nie trzeba mieć w zanadrzu jakiejś super, psychologicznie skomplikowanej historii by stworzyć ze 3 sezony, które całkiem nieźle sobie same zarobią. Arrow dobrze się ogląda, jak i Flash. W końcu serie przedłużane są rok rocznie o kolejne sezony, a historii, nie ma końca. 

Żebyście sobie nie pomyśleli, że totalnie zjechałam DC, bo jestem wielką fanką Marvela. Nie, takie są po prostu fakty. Was, wielkich fanów tych serii i tak przestały one już ciekawić po drugim sezonie, przyznajcie się przed sobą szczerze, a lepiej Wam będzie oglądać lepsze produkcje, które już niedługo może ujrzą światło dzienne. 

Źródło zdjęcia: ostatniatawerna.pl

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze