Jak poznać Venoma?

By 10/15/2018



Przed każdym filmem wszystkim fanom towarzyszy prawdziwy dreszczyk emocji. Co tam będzie, co pokażą? W szczególności po ostatnich Avengersach, oglądamy każdą nową produkcję Marvela z istnym skupieniem i pytaniem: co dalej z naszymi bohaterami? Natomiast "Venom" nie tyle nie odpowiedział na to pytanie, nie ruszył tematu ani o milimetr, to nie dał się nam w ogóle poznać.

Wiem, że może za dużo wymagałam od tej produkcji. Napaliłam się jak Grażyna z małej miejscowości na nowe kozaczki z licowej skórki. Myślałam, że będą piekne i błyszczące, bo w końcu tyle w tym marzeniu było emocjów! A okazały się sztuczne i matowe. A Venom miał być filmem klasycznym, z historią o symbiocie (tak widzieliśmy to już gdzieś w Spidermanie), wręcz już legendarną postacią z Uniwersum, która nie zrobi nic więcej, a rozgromi kina. No i ten Tom Hardy! A zamiast zrobić wrażenie, pozostawił po sobie nic. Bo ja nie wiem o czym był ten film i kim tak naprawdę jest Venom, jeżeli nie tylko wkurzającym glutem.

Eddie jest wziętym reporterem, jest też zaręczony z piękną, acz sztywną Annie (Michelle Williams). Jednym wywiadem niszczy życie swoje i swojej ukochanej - traci prace, ją, mieszkanie, wielu przyjaciół i pozostaje z niczym. Tymczasem, w głębokiej dżungli rozbija sie rakieta przewożąca symbioty z pewnej małej planety (gwiazdy czy czegoś) i ucieka z niej jeden, najbardziej wredny członek klanu. A reszta zostaje poddana testom - zaczynają je łączyć z ludźmi. Eddie dostaje wtedy cynk jak odzyskać honor, rodzinę (i tak jakby też ojczyznę) i włamuje sie do laboratorium szalonego typa, który te gluty sprowadził na ziemie. Próbując uratować koleżankę, staje się nosicielem nadgorliwego, prawie śmiesznego gluta imieniem Venom. Ot Ci historia.

Technicznie trochę się w tym filmie zgadza. Mamy świetne efekty specjalne, które momentami naprawdę są godne podziwu, całkiem dobrą scenografię i kostiumy. Realizacja Venoma jest w porządku, chociaż dla mnie momentami była zbyt komiksowa. Fabularnie jest to film zrobiony bez żadnych emocji. Każda scena czy rozpoczęty wątek jest gdzieś nagle urywany i pozostawiany sam sobie. Złoczyńcy wcale nie są złoczyńcami, bo o tym, że są źli dowiadujemy się gdzieś na samym końcu. Z całkiem dobrej historii, zrobiono sieczkę dla 6 latków. Brakuje krwi, brakuje głupich żartów, brakuje ducha rodem z Deadpoola, zdecydowanie. Brakuje mądrego scenarzysty, który opatrzy produkcje fajnymi dialogami, ciągiem przyczynowo skutkowym jak i rozwinięciem postaci, do którego nie idzie się nie przyczepić. Tym jestem najbardziej rozczarowana. Bo nie jestem w stanie powiedzieć Wam, tak na 100% żeby nie skłamać, kto jest w tym filmie fajny, a kto nie. Bo nikogo nie poznałam! To było tylko takie przybicie piątki z bohaterami i nic więcej.

Kreacje aktorskie wcale nie ratują filmu. Michelle jest okropnie drewniana, ma przyklejony uśmiech i nogi. Jej nogi we wszystkich scenach to jest jakiś dramat, tak jak jej mimika. W życiu nie widziałam równie sztywnej postaci. Zastanawiałam się cały czas, jakim cudem ma tworzyć z Hardym dobraną parę, jak czuć, że oni się po prostu nie lubią? Na ekranie i po za nim. Hardy jakoś daje rade, jego wielki talent został tutaj nie wykorzystany. A te przepychanki z Venomem wyszły mało zabawnie. Najczęściej wyglądało to tak, jakby rozmawiał z głosem, który został puszczony bokiem na głośniku. Nie miało to większego sensu, jak i nie fascynowało. Nie pokazano w sumie, jak ta relacja się rozwinęła, dlaczego się polubili, a dlaczego nie. W sumie to ja nic o niej nie wiem. 

Tak się ciągle zastanawiam, dlaczego w ogóle ktoś ten film nakręcił, skoro chciał zrobić nam średni seans. W sumie wcale się nie ubawiłam, nikogo nie polubiłam, jedyne co - to zjadłam chrupki i paczkę jakiś tam nowych płatków śniadaniowych, i wyszłam z kina. Pewnie zapomnę o tym filmie w przeciągu następnych paru godzin gdy skończę pisać ten tekst. Bardzo jest mi przykro, że ktoś na w górze, na Mervelowskiej planecie zapomniał o tym, że historia z symbiotami to historia straszna, przerażająca, więc powinna być horrorem. A nie filmem dla 5 latków. Mam natomiast nadzieje, że po pierwsze - Wy nie zmarnujecie 35 zł i nie pójdziecie do kina, a po drugie - że druga część nie powstanie. A jeśli powstanie - to że ktoś ją bardzo dobrze przemyśli zanim wejdzie do kin.

OCENA: lepiej zostać w piżamie i włączyć sobie M jak Miłość
źródło zdjęcia: onet.pl

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze