O ludziach grzesznych tworzących Kościół

By 10/01/2018



Zadałam sobie dziś pytanie. Abstrahując od - mojej sympatii do reżysera, wielkiej, zagorzałej dyskusji wokół tematu, gry aktorskiej jak i naszej świadomości - jak bym oceniła ten film? Średnio. "Kler" to nie tylko film, o którym nie przestaje się mówić od paru miesięcy, ale także i test. Test dla publiczności. Bo to, że rząd będzie próbował zbojkotować ten utwór, wiedziałam od początku. Dyskusja w okół tematu nie ustawała, bo zamiast w sumie problemu, poruszany był temat zwiastuna. Prześmiewczej, zabawnej krótkiej zajawki, dzięki której mało co nie rozsadziło księży Arcybiskupów przed ich komputerami i telewizorami. Nie wierzycie? Ale od początku. 

Problem Kościoła katolickiego w Polsce to bardzo szeroki i skomplikowany temat. Pojawiają się w nim nie tylko tak mocne słowa jak pedofilia, wykorzystywanie, gwałt, jak i korupcja i łamanie wszelkich praw i zasad. Od dawien dawna mówi się o instytucji Kościoła jako najstarszej korporacji na świecie, która swoich praw nie zmienia od wieków. I trudno im się dziwić. Zawód księdza to jedne z najlepiej płatnych zawodów, ale niestety, wykonując go, nie można robić wielu rożnych rzeczy, a przynajmniej publicznie. A historia zna dużo przypadków, gdy zakazy te były łamane, pieniądze kradzione, a dzieci gwałcone. Temat ten podnoszony jest przy wielu okazjach, jednak nigdy nie był wzniesiony na piedestał w taki sposób,  by ktoś się nim zajął naprawdę. 

Pojawienie się zwiastuna sprawiło, że temat ów wrócił na salony. Krótki, parominutowy, okraszony znaną muzyką filmik zrobił wielką furorę w sieci, jak i w mediach. Ilość hejtu, oburzonych Januszy, oklasków, memów i śmiechów była ogromna. Cała kampania promocyjna była sprytnie opracowana, dzięki czemu w weekend otwarcia zaliczono rekord. Rekord większy niż "50 twarzy Greya". Więc sory, prawicowe media, ale nie udało Wam się zindoktrynować nikogo. Ale jak to zwykle, radość i oklaski skończyły się na takim samym etapie, bo film, wcale nie należy do śmiesznych.

Mieliśmy dostać całą, połączona ze sobą historie trzech dostojników Kościoła Katolickiego. Ale w zamian dostajemy zlepek stereotypów, symboli i przerysowanych postaci. Smarzowski wyolbrzymia, tworząc swego rodzaju hiperbole, tego co się tak naprawdę dzieje w Kościele. Jest to bardzo sprytny zabieg, który pozwala na zaznaczenie na grubo pewnych problemów. Jednak co by sobie nie mówić, by wybudować coś nie trzeba 50 razy przekupywać tego samego człowieka. Od razu nie obrzucają Cię kamieniami. A Twoja kobieta nie jest piękną blondynką. Smarzowski uwielbia podejmować trudne tematy, ukazując ich inne oblicze na dużym ekranie. Tutaj zmieszał trochę styl "Domu złego" z "Drogówką". Dużo pokazywał, pozostawiając miejsce na dopowiedzenie sobie historii. Dawał też czas na refleksje, przez co symboli w filmie co nie miara, a nie było to aż tak potrzebne. 

Film dla wielu okazał się przełomowy. W szczególności dla zgranej ekipy aktorskiej, w której pierwszy raz wyróżnił się Jakubik. Jego role, zawsze podobne i często gdzieś zamglone z tyłu za Więckiewiczem, pozostawały wiecznie niezauważone. W "Klerze" Jakubik dał z siebie wszystko  i zagrał najtrudniejszą kreacje filmu - swoją rolę życia. Nigdy nie widziałam go tak przesiąkniętego emocjami, prawdziwego i z duszą. W pewnym momencie chciałam go przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Chociaż może ja jestem naiwna, a on grał rolę tego złego, którego na końcu się wiesza i faktycznie - kamienuje. Przed szereg, jak zwykle, wyszedł także Gajos. Jego postać - przerysowany Ekscelencja - rzucająca kurwami na prawo i lewo, nadużywająca władzy i paląca złe cygara, to rola wręcz dla niego stworzona. Nie da się ukryć, że dla pewnych osób, komercyjnie, to właśnie on najbardziej przyciągnął te tłumy do kina.

"Kler" jednak pozostawia niedosyt, dlatego średnio go lubię. Czujesz pod kośćmi, w całym swoim ciele (czy jesteś ateistą, wrogiem kościoła, dogłębnie wierzącym czy nie), że ta końcówka to nie było to. Miało być w stylu "Drogówki" - jednoznacznie i mocno, a wyszło przaśnie. I czujesz, że to mogło się skończyć zupełnie inaczej. Wojtek daje w finale aż za dużo miejsca do interpretacji, bo gra jednym z najważniejszych symboli w katolickim świecie. I wielu pewnie za chwilę napiszę, że to profanacja, niszczenie ważnych Kościelnym reliktów i tak dalej. A moim zdaniem ma to w sobie jaki przekaz, ale na pewno nie taki, że warto umierać by coś udowodnić. W tym przypadku na pewno nie było warto.

OCENA: warto, ale poczekajcie na wolne kina

źródło zdjęcia:gazetapomorska.pl

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze