Siedem składników miłości

By 10/22/2018



Swoją niedzielę zaczynam kawą, a kończę filmem, który rozpoczął się pewnym cytatem. I nie chodzi o ten cytat, który teraz wszyscy wspominają w recenzjach, o 5 tysiącach dni i 400 godzinach, tylko ten o siedmiu uczuciach. Że Witold Osiatyński żałuje, że w dzieciństwie nie nauczyli go korzystać, odczuwać i radzić sobie z siedmioma podstawowymi uczuciami. I dopiero wtedy, gdy docieram do końca filmu, chwyta mnie to za serce. Bo nie wiem czy Was nauczono, jak z nich korzystać? Jak je wyrażać? Bo na pewno nikt nie pokazał tego Adasiowi Miauczyńskiemu, a szkoda. 

Marek Koterski nakręcił w swojej karierze wiele dobrych filmów, m.in kultowy już "Dzień świra" czy "Wszyscy jesteśmy Chrystusami". Ten drugi był mocniejszy od tego pierwszego, ale większość z nich ma w sobie cechę wspólną: postać Adama Miauczyńskiego. Zawsze granego przez innego aktora, będącego w innym momencie swojego życia i z innymi przemyśleniami. Filmy nie łączą nam się w logiczną całość, więc polecam nie próbować ich jakkolwiek ze sobą spajać. W tym roku, po wielu latach Koterski nakręcił kolejny film o niesfornym Adasiu.

W nowym obrazie - "7 uczuć" - poznajemy historie Adasia Miauczyńskiego z jego, prawie, najmłodszych lat. Historie, w której mamy troskliwą mamę, denerwującego starszego brata oraz agresywnego ojca i szkołę, w której Adaś przeżywa swoje pierwsze wzloty i upadki. Głównym zabiegiem, którego dokonał Koterski było osadzenie w rolach wszystkich dzieci - dorosłych. I w taki sposób 10 letnich kolegów brata Maiuczyńskiego gra m.in. Cezary Pazura, a miłość Adasia - Gosie - Katarzyna Figura. Zabieg ten wyszedł śmiesznie i karykaturalnie, sprowadzając tym samym role rodziców do tego samego poziomu, na którym są dzieci, co udało się Koterskiemu. Oprócz poziomu postaci - nie ważny jest w tym filmie czas, miejsce, najważniejsze stają się uczucia między bohaterami i to jak oni na siebie wpływają. 

Pierwsze sceny filmu to istne pocztówki z dzieciństwa Adasia Miauczyńskiego. Cudna scenografia i bardzo dobrze dobrane kostiumy zostały owinięte w przedziwne dialogi. Miałam momenty, w których czułam się tak, jakby oglądała teatr telewizji na TVP. Możliwe, że to wszystko przez wprowadzenia narratora, który chodzi za bohaterami krok w krok, nie dając im pola do popisu. Ale z drugiej strony mamy też dziwny język - który miał wyjść naturalnie, a wyszedł tak trochę przerysowanie. Dialogi pełne błędów - stylistycznych i gramatycznych - sprawiają, że tym bardziej czuje się jakbym siedziała przed deskami teatru, bo wszystko wydaje mi się wyjęte z jakiegokolwiek realizmu i staje się abstrakcją. Scenarzysta zastosował też masę monologów - o życiu, śmierci i teorii względności, które jeszcze bardziej podbijają moje wrażenie. I się wtedy zaczęłam zastanawiać, czy faktycznie warto było oddawać tę historie na wieki ekran? 

Z jednej strony było warto. Koterski umie po prostu robić dobre filmy, które potrafią nas uwodzić. Jest jak taka czarownica, która w kotle umie wymieszać dobry wywar na miłość. Najpierw leje wodę i daje do niej Adasia, czyli historie, którą lubimy i do której jesteśmy w jakiś sposób przywiązani. Potem dodaje do tego bardzo wykwalifikowaną ekipę aktorską. Nawet Karolaka, który tutaj - mimo, że się prawie nie odzywał - udowodnił całej Polsce, że potrafi grać. Na prawdę GRAĆ. Następnie sypie troszkę kontrastem - młodszych aktorów robi rodzicami, starszych dziećmi. Dodaje do tego szczyptę swojego dobrego humoru - scenę, w której ojciec jednego z dzieci goli się w przezabawny sposób mieczem. A na koniec - dosypuje kawał inteligencji. Obudowuje fabułę cytatami, monologami i mądrymi przemyśleniami. Chwyta nas za serce w tym najbardziej czułym punkcie - we wspomnieniach naszego dzieciństwa. Oczywiście nie jest to doskonały przepis na film, bo z drugiej strony - jest on przemądrzały i przesadzony. Są w nim sceny bez których byłby on sto razy lepszy, albo i nawet mądrzejszy. 

Film nie odpowiada na pytanie jak korzystać z posiadanych przez nas od zawsze siedmiu uczuć. Nie odpowiada też na pytanie jak odzyskać te wszystkie dni, które skradło nam dzieciństwo, a których nie pamiętamy. Nie dowiemy się z niego, dlaczego Adaś Miauczyński jest jaki jest, ale możemy się tego domyślić. Czy to film śmieszny, czy tragiczny, a czy może filozoficzny - na to pytanie musicie sobie odpowiedzieć sami, oglądając go. Dla każdego z nas będzie inny, ze względu na rożne typy dzieciństwa, które przeżywaliśmy.

OCENA: Warto!
Źródło zdjęcia: multikino.com

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze