Fantastyczne zwierzęta: poszukiwane

By 11/19/2018



Harry Potter to jedna z książek z mojego dzieciństwa. Pamiętam te wszystkie zarwane noce na czytaniu kolejnej części przygód małego czarodzieja oraz długie wieczory w kinie, najlepiej podczas premiery. Wraz z jego dorastaniem, dorastało także moje pokolenie, więc z bajki nagle powstał krwawy (prawie) horror. Na książkach i filmach zarobiono miliardy dolarów, więc nic dziwnego że J.K Rowling zdecydowała się na spin-off. W końcu świat Harrego Pottera nie składał się wyłącznie z Voldemorta i Hogwartu ale także z innych czarodziejów. Postanowiono zahaczyć o historie Newta Skamandera, autora książki o fantastycznych zwierzętach. Pierwsza część z 2016 roku to kawałek dobrego, harrypotterskiego (jeśli możemy wyróżnić taki rodzaj) kina, tak druga Fantastyczne zwierzęta: Zbrodnie Grindelwalda to totalnie inna historia.

W pierwszej części Fantastycznych zwierząt na pierwszym planie mamy historie Newta - opiekuna i fascynata wszystkich potworów, które on nazywał fantastycznymi zwierzętami. Trochę autystyczny, zamknięty w sobie profesor przypadkiem pomaga schwytać potężnego czarownika, który chce zmienić układ na świecie likwidując świat niemagiczny. W drugiej części ten wątek zostanie dużo bardziej rozwinięty, bo rzeczony Grindelwald przy pierwszej okazji ucieka z więzienia i niczym Voldemort zbiera w okół siebie lojalnych popleczników. Planuje przekonać cały świat magiczny o słuszności swoich przekonań. Głównym wątkiem był też chłopak, którego tożsamość nie do końca jest wszystkim znana. Dumbledore poprosił Newta, żeby ten znalazł czarodzieja, nim zrobi to ich wróg, bo chłopak ma w sobie sporą moc. Dlatego wszyscy tym razem udają się na francuskie ziemie, do Paryża by powstrzymać Grindelwalda, znaleźć chłopaka i jeszcze raz uratować świat mugoli przed zagładą. 

Przed kamerą staje stary i dobry David Yates, reżyser wielu części Harrego Pottera, dlatego wykreowany świat jest bardzo znajomy. J.K. Rowling piszę scenariusz, więc wszystko powinno być w porządku, a nie jest. Nie będę się czepiała kostiumów ani scenografii - bo one są na najwyższym poziomie. Całość wygląda świetnie przy tym, że mamy rok 1927 i jest mrocznie, deszczowo i trochę przerażająco. Postacie nie mają tak wykręconych looków jak w Potterze, ale na pewno nie odstają od tamtym części. Jak w pierwszej kreacje aktorskie były świetne, tak w drugiej części nie wszystkich dobrze widać. Dużo postaci fabularnie zostało odsuniętych na drugi plan. Na przykład Newt - nasz główny bohater. Tym razem to nie on i jego zwierzęta zbawiały świat. Raczej wyszedł jako kukiełkę w rękach Dumbledora, który jak zwykle umie tylko wydawać rozkazy i wizytówki. Profesor to postać w okół której była tworzona wielka tajemnica w Harrym Potterze, co Rowling postanowiła przenieść też do spin-offu. Największy i najpotężniejszy z czarowników, profesor Dumbledore w tym filmie jest całkiem młodym dyrektorem (tutaj świetny Jude Law), ale nadal nie rozumiem, dlaczego trzyma się go na uboczu, a nie walczy ramie w ramie z ekipą by ocalić świat? Finalnie, to jemu wszyscy będą dziękować, a nie Newtowi. Jednak mam nadzieję, ze wątki w okół rodziny Albusa zostaną w przyszłej części znacznie rozwinięte i wtedy fabularnie będzie to miało jakikolwiek sens. Może się w końcu dowiem dlaczego "najpotężniejszy czarownik" dał się tak łatwo zabić.

A historia stała się po prostu oderwana od tej, którą poznaliśmy w części pierwszej. Porozpoczynano jakieś rożne, dziwne wątki (w tym Dumbledora), które znając Rowling nie mają szans nawet na kontynuację. Niestety, mimo, że jej pomysł zgarnął miliardy dolarów, to ta nadal nie jest w stanie konsekwentnie doprowadzić fabułę do końca. Do Harrego miałam tyle samo pytań, co mam teraz do Fantastycznych zwierząt, a na pewno nikt mi nie udzieli na nie odpowiedzi. Druga sprawa to strasznie, a to strasznie rozciągnięta akcja. Szczerze Wam powiem, że nie mam pojęcia co się działo w środku. Wplecione zostały jakieś niepotrzebne romanse i rozstania. Wprowadzono postacie, których na pewno nie zobaczymy na ekranie już nigdy więcej. Niektóre walki trwały krótko, ale najwięcej było chodzenia i szukania. Wielokrotnie przyłapywałam fabułę na takiej "zapchaj dziurze", bo faktycznie to co się pamięta z tego filmu to tylko początek i koniec. Środek jest nieważny, można spokojnie się zdrzemnąć.

A najbardziej zabolało mnie to, że fantastycznych zwierząt tam nie było wcale, gdzieś się nagle zgubiły. Widzimy je najpierw, żeby nie zrobiło nam się smutno, a potem tylko śledzimy aktorów w ich wolnym, ślamazarnym wręcz pościgu. Nie dziwię się, że film zbiera średnie recenzje, a po seansie dzieciaki wychodzą z pytaniem "co to było". Technicznie - super, fabularnie - słabo. Oczywiście historia na swój pokręcony sposób wciąga. Nie możemy się oprzeć temu, że dostajemy jeszcze raz zalążek świata, z którym już dawno się pożegnaliśmy. Jednak widać charakterystyczny brak konsekwencji i chęć zrobienia czegoś na siłę jeszcze na plecach starego już czarodzieja. A to nie ładne. Trzecia i ostatnia część Fantastycznych zwierząt już w 2020 roku, więc mam nadzieje, że do tego czasu zwierzęta się magicznie odnajdą.

Ocena: obejrzyjcie sobie za miesiąc w domu
Źródło zdjęcia: wuwm.com

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze