Niech żyje Freddy!

By 11/05/2018


Jestem osobą słuchającą rożnego rodzaju muzyki. I na moim Tidalu (tak, rodzina Tidala piąteczka!) możecie spotkać rożne gatunki muzyczne. Rozckliwiam się przy indie popie, a tańczę do starych kawałków Abby, jednak moje serce zawsze jest przy klasycznym, starym R’n’b. Jak to czasami bywa, z dzieciństwa pamiętam jak moja siostra katowała wszystkie kawałki Queen. I puszczała, wedle rodzinnej tradycji, na cały regulator, tak żeby każdy sąsiad usłyszał. Wszystkie albumy układała uważnie na półeczce z płytami. Zawsze chciałam mieć taką, póki nie wymyślono serwisów streamingowich, które pokrzyżowały mi plany. Dlatego też do filmu o Freddym Mercurym podeszłam z rezerwą laika, który nie tylko nie słuchał w życiu z pasją Queen, ale też nie zna całej tej historii. I pewnie wiele fanów będzie mnie chciało w tym momencie zabić, ale cóż, podobno sukces zaczyna się od zaangażowanych haterów.

Freddiego albo Farrokha, poznajemy w czasie rodzinnej kolacji, w której trakcie on wychodzi do klubu. Rodowity Pers, o dosyć oryginalnej urodzie, wybitnie wychudzony poszedł właśnie na koncert kapeli Smile. Z tej natomiast tego samego wieczoru rezygnuje wokalista, a Freddy postanawia zaproponować zespołowi współpracę. Krótko prezentuje swój wielki talent i prawie natychmiast, zostaje do zespołu przyjęty. Oczywiście tak naprawdę nie było, co okazuje się być pierwszym, z wielu, naciągnięć historii w filmie. Tak serio, to wszyscy poznają się gdzieś na uczelni, po czym nazwę zespołu zmieniają na Queen. Dla ścisłości - nie czuje się kompetentna do tego by opowiadać Wam tę historię, taką jaka była, bo pewnie większość z Was doskonale ją zna. Natomiast ta przedstawiona w filmie jest połączeniem fantastycznej muzyki, suto zakrapianych imprez, tragicznej miłości, zwrotów akcji z wytwórnią w tle jak i zapierających dech momentów podczas tras koncertowych. Nie mógł z tego nie powstać dobry film, nawet troszeczkę ponaciągany.

„Bohemian Rhapsody” nie jest biografią zespołu Queen. Twórcy zręcznie pominęli stado szczegółów, które pewnie wielcy fani nie będą mogli im wybaczyć. Jest to raczej klasyczny portret Freddiego, na którym opiera się cała fabuła. To z nim podróżujemy przez tę historię. Nie brak w niej dzięki temu wielu barw, które posiadał w swojej osobowości Mercury. Jestem zachwycona też zręcznością, jaką twórcy mieli w opowiadaniu jej. Widz, nawet największy ignorant, nie znudzi się biegiem wydarzeń, który powstał właśnie dzięki małym przekłamaniom. Często w portretach czy biografiach zostajemy zarzuceni za dużą ilością szczegółów, przez co film staje się ciężki. Tutaj dostajemy dokładnie tyle, ile powinniśmy. Widzimy w tym filmie momenty, w których Freddy z wychudzonego Persa staje się legendą muzyki. Momenty, w których w końcu zakochuje się w sobie i postanawia żyć lepiej dla siebie. Stało się to największym przełomem nie tylko w karierze wokalisty, ale także w jego życiu. Odrzuca największą swoją największą miłość - o dziwo kobietę - dla ich obopólnego szczęścia. Śledzimy też momenty podczas których powstają największe hity zespołu - np tytułowe Bohemian Rhapsody. Ta scena, mimo patetyczności, wyszła lekko idiotycznie jako jedyna. Ale wybaczam, bo film wciąga do tego stopnia, że prawie 3 godzinny seans jest jak mrugnięcie okiem. Mija i zastanawiasz się: dlaczego to już koniec?!

Portret oprawiony jest w świetne kostiumy - które odpowiadają tamtym czasom i stylowi Freddiego. Nie miałam nawet czego się przyczepić. Twórcy bardzo postarali się w tej kwestii, oddając faktyczny stan rzeczy, tym razem nie przekłamując i tworząc kolorowego ptaka z tamtych czasu. Więc Macademian Girl może się schować, drugiego takiego samego nie będzie. Tak samo też stało się ze scenografią. Ale największa pochwała idzie oczywiście do Rami Maleka, który postać Freddiego oddał fenomenalnie! Każdy ruch, mimika twarzy, emocje sprawiały wrażenie, nawet nie znając Mercurego, że wręcz ożył na ekranie. Non stop się też zastanawiałam, czy aktor sam podjął się śpiewania wszystkich piosenek, czy tak świetnie wyszło mu ruszanie ustami? Nie znalazłam tego w żadnej, nawet zagranicznej recenzji, więc jak na razie wychodzę z założenia - że tak, świetnie mu szło ruszanie ustami do odtworzonego głosu Freddiego, za co prawdziwe chapeau bas.

Film, nawet jeśli trochę ponaciągany tu i ówdzie, niczym 50-letnia Grażyna idąca na kolejną porcje botoksu, ma w sobie coś niesamowitego. Ja miałam ciary na całym ciele oglądając go, a przy okazji cały czas tupałam nóżką. I to ruszałam tak, że Pan obok był zniesmaczony. Równie dobrze mogłam wyjść na środek i sobie potańczyć, to wyszłoby na to samo. Film zrobiony świetnie, więc na pewno zasługuje na salwę nagród - w szczególności dla głównego aktora, ścieżki dźwiękowej i kostiumów. Nawet jeśli jesteś totalnym ignorantem wobec muzyki Queen i lubisz słuchać Zenka Martyniuka, możesz bez obaw na ten film pójść. Ta historia jest tak dobrze zrobiona, że warto! Polecam!

Mogą Ci się spodobać

2 komentarze