Oldskul: Pozory mylą

By 11/26/2018



Pamiętam, jak wiele lat temu miałam nauczycielkę. Była nazywana przez wszystkich starą panną. I kiedyś się zapytałam swoich koleżanek, co jest w tym złego, że się z tego śmiejemy. A one mi odpowiedziały, że posiadanie męża to nasz obowiązek. Potem okazało się, że dana nauczycielka miała 27 lat i dopiero zdała testy na pedagoga szkolnego. Ja miałam wtedy 10 lat i wyjątkowo głupie koleżanki. Jednak widać, że nie wiele się zmieniło od lat 50 XX w., w których toczy się akcja filmu "Uśmiech Mona Lizy". 

Jest rok 1953, Nowa Anglia w Stanach Zjednoczonych. Uniwersytet  Wellesley College, który uchodzi za najbardziej konserwatywny w kraju. Wpaja dziewczynom bardzo tradycyjne podejście do życia i własnego samorozwoju. Wielokrotnie przemykają tam takie teksty jak "urodziłyście się po to by wyjść za mąż" lub "najbardziej na świecie kochajcie swojego męża". Więc widać, że dziewczyny traktują uczelnie jako moment, w którym mogą tego męża znaleźć, a potem już nie muszą się wcale starać. Katherine Watson zostaje zatrudniona tam jako nauczyciel historii sztuki. Katherine nie jest taka jak wszyscy - uważana jest za tego kontrowersyjnego wykładowce, który szerzy "nowe, liberalne" myślenie. Nie podlega nikomu, jest tą "starą panną" i jest przez to wytykana palcami. Ale chce zmieniać świat, tworzyć nowe tradycje, uczyć kobiety czegoś nowego. 

"Uśmiech Mona Lisy" to film z 2003 roku. Byłam w sumie zdziwiona, że poruszono akurat taki temat. Po prawie 25 latach od emancypacji kobiet, wydawać by się mogło, że w Stanach mogły zrobić wszystko. A jednak nie. Na początku lat 50, za Oceanem nie tylko nadal nie rozumiano, że człowiek czarnoskóry jest także człowiekiem, ale również nie była nim w pełni kobieta. Tak, dziewczyny mogły już studiować, iść na prawo, zostawać lekarzami, ale także miały wpojone, ze muszą być żonami i matkami. I wykluczone jest wybieranie inaczej. Do tej roli przygotowywano ich całe życie - nawet na studiach istniały specjalne zajęcia, które uczyły dziewczęta jak mają się zachować na kolacji z mężem szefa, jak przygotować obiad dla kolegów męża, a jak uprać mężowi gacie. W filmie świetnie pokazano schematyczne myślenie, którego uczono wtedy wszystkich. Na pierwszych zajęciach Watson dziewczyny praktycznie recytują z pamięci skrypt, który wcześniej przeczytały. Nie ma w tym żadnej logiki, żadnego pomyślunku, nie ma kreatywności. Nauczycielka jest zaskoczona, że znajduje się w sali bardzo mądrych kobiet, które nie myślą, więc tego myślenia ma zamiar je nauczyć. Ma misję niczym Michalina Wisłocka w Polsce, mimo, że Watson musi nauczyć dziewczyny jak oddzielić swoje życie od życia męża.

Film nie jest niesamowitym obrazem. Fabuła jest prowadzona bardzo wolno, a jednocześnie wcale nie zaskakuje. Historia każdej z dziewczyn, która uczy się siebie od nowa dzięki nowej mentorce jest zupełnie inna. Dlatego też mamy przed sobą całe spektrum przypadków. Historie dziewczyny, której nowy mąż już ją zdradza, a matka odmawia jej pomocy. Także widzimy historie tej, która nie jest zbyt pewna siebie, a koleżanki ją totalnie przytłoczyły oraz tej która jest ekscentryczką. Watson próbuje wpłynąć na ich los i w sumie, chce żeby myślały tak jak ona. Mąż nie jest najważniejszym człowiekiem, bo najważniejsza jesteś Ty. Nie mam też żadnych zastrzeżeń do gry aktorskiej. Potraktowano film świetną obsadą: w roli głównej młoda Julia Roberts, w standardowej dla niej roli. Dziewczyny silnej, mądrej, ale skrytej. Taką samą, albo podobną postać grała w "Pretty Women" i takie same postacie gra bardzo często później. Mam zawsze wrażenie, że ma jeden wyraz twarzy., ale nie potrafię jej odmówić umiejętności oddawania emocji albo tego, jaka chemia łączy ze wszytkimi parterującymi jej aktorami, np. tutaj z Dominiciem Westem. Obok Julii widzimy młodziutkie: Kirsten Dunst, Julia Stone, Maggie Gyllenhaal czy Ginnifer Goodwin. Wszystkie świetnie wykonujące powierzone im zadanie.

Najdziwniejsze jest, że postacie, mimo, że dobrze zagrane, nie mają żadnego wyrazu. Ale po seansie wiemy, że tak musiało być. Uczone przez lata, że urodziły się po to by usługiwać swoim mężom, mogą być pozbawione osobowości. Bo nigdy nikt im nie powiedział, że są jakiekolwiek. W momencie gdy pojawia się Katherine, zdają sobie sprawę z tego, że to one decydują o tym, jak będzie wyglądało ich życie. Nie warto też powielać żadnych schematów. O czym również zapomnieli twórcy filmu - tworząc obraz, który nie zaskakuje nas niczym nowym. Jest dokładnie taki jak tytułowy uśmiech Mona Lizy. Nie do końca wiesz, czy ona się uśmiecha dlatego bo jest szczęśliwa, czy ten uśmiech został dorysowany, bo ona przez cały czas pozowania miała bitch face. Nie wiesz tego, dopóki nie zapytasz. Ona się uśmiecha, bo jest szczęśliwa? A pozory mylą.

Ocena: szału nie ma, ale można sobie kiedyś obejrzeć
Źródło zdjęcia: wum.com

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze