Mniej znaczy więcej

By 12/03/2018



Ostatnio na salonach zagościł minimalizm. Czarno-białe wnętrza, małe czarne, szarość, torebki z minimalną ilością kieszonek, proste połączenia kolorystyczne. Sama jestem minimalistką, więc ten styl bardzo mi się podoba i oby się utrzymywał jak najdłużej. Prosta elegancja zawsze jest w cenie, nawet w filmach. Okazuje się, że nawet bez wypasionego scenariusza, obrazu wypchanego skomplikowanymi efektami specjalnymi, nie wiadomo jak zaawansowanym tańcem i niesamowitą historią, film może być cudowny. Takim przykładem jest debiut reżyserski Bradleya Coopera „Narodziny gwiazdy”.
Premiera filmu w USA miała miejsce parę miesięcy temu, dlatego szumu w okół filmu było bardzo dużo i mniej więcej mogłam wiedzieć, czego mam się spodziewać podczas seansu. Byłam też po pierwszym odsłuchu ścieżki dźwiękowej i byłam pewna, że za chwile w mojej głowie każda z piosenek zostanie przyporządkowana danej emocji z konkretnej sceny. Początkowo miałam wrażenie, że zastane obraz z wieloma błędami technicznymi, mainstreamowym zakończeniem i standardową fabułą, ale bardzo się myliłam. „Narodziny gwiazdy” to remake filmy z 1976 roku, który wtedy był hitem kinowym. Opowiadał historie gwiazdy muzyki, który przypadkiem spotyka mega utalentowaną piosenkarkę. Pomaga jej w muzycznej karierze, jednocześnie się w niej zakochując do nieprzytomności. Dosłownie. Jak i w pierwowzorze, tak i w wersji Coopera, mamy historie pełną muzyki, miłości i ckliwych scen, na których nawet ja, twardziel i królowa śniegu, wymiękłam. A przy okazji byłam ciekawa przez całe dwie godziny, chłonąc każda scenę, która została zrobiona z istną perfekcją. A nie zdarza się to ostatnio często.

Bradley Cooper to nie aktor totalny. Większość jego ról to typowe hollywoodzkie dramaty, komedie czy filmy akcji. Po całkiem dobrym występie w "Poradniku pozytywnego myślenia", nie pamiętam więcej jego bliżej oskarowych ról. Nie miałam nigdy do niego zastrzeżeń, bo nie wyróżniał się niczym specjalnym. Nie jest Bradem Pittem, a tymbardziej Johnnym Deppem. Dlatego pod wątpliwość poddawałam jego zdolności reżyserskie. W końcu na ten debiut wybrał sobie trudny orzech do zgryzienia. Film hit, film, w którym nie tylko trzeba dobrze dograć fabułę, jak i stworzyć świetną ścieżkę dźwiękowa. Ale znowu bardzo się myliłam. Film zrobiony jest z wielkim smakiem. Każda scena jest poprowadzona i zmontowana jak trzeba, by utrzymać zainteresowanie widza. Nie ma w nim wielu wątków, o których trzeba pamiętać. Wzrok i uwaga jest na głównej parze bohaterów i ich wzajemnych potyczkach. I nic niepotrzebnie jej nie zaburza. Mamy paru, drugoplanowych bohaterów, ale są oni obecni może w 3-4 scenach. Najważniejsi są - Jackson Main i Ally. Postacie, które wyszły tak prawdziwie, ze miałam wrażenie, że podglądam ich świat. Przez ekran dało się rozpoznać i poczuć wszystkie towarzyszące im emocje.

Film miał w sobie wiele pozytywów, które można by wymieniać godzinami. Przede wszystkim - najlepsza była metamorfoza Bradleya. Nie tylko musiał nauczyć się śpiewać, co jeszcze tak potrafił zmodulować swój głos, by dać życie przepitemu, zadymionemu muzykowi z ciężką historią. Twarz Bradleya w wielu scenach jest aż czerwona od nadmiaru wódki i antydepresantów, a głos łamie się przy każdym słowie. Masz wrażenie, że aktor za chwile wypluje płuca i padnie na ekranie. Jego walka z nałogiem wgniata w fotel. Nie sprawia to, że się go nie lubi, wręcz przeciwnie. Przez cały film chcemy, żeby mu się udało i wyszedł z tego, pokazując przy tym jak wiele potrafi. Obok Coopera, świetna okazała się Lady Gaga, nie tylko w śpiewie. W jej talent aktorski wątpili wszyscy krytycy, w momencie kiedy ogłoszono obsadę. Nie da się oczywiście ukryć, że  był to film skrojony totalnie pod nią, co na pewno ułatwiło jej zadanie. Ale też jest dużo scen, które są bardzo trudne do zagrania nawet dla doświadczonych aktorów, a jej to wyszło całkiem zacnie jak na swieżaka. Do nie wielu rzeczy jestem w stanie się przyczepić. Jest w paru scenach drętwa i nie wiarygodna, ale tego trzeba się specjalnie dopatrzeć. Bo jej uroda, urok i zdolności wokalne całkowicie te sceny zasłaniają. Dodatkowo - chemia pomiędzy bohaterami. Niesamowita! Te spojrzenia, muśnięcia, uśmiechy i cały cudowny romans, ma w sobie niesamowitą magię. Nie jesteś w stanie oderwać od nich wzroku gdy są razem, a gdy śpiewają masz łzy w oczach. Jak ja na scenie podczas której śpiewają pierwszy raz "Shallow". O dziwo, duet idealny.

Do tego wszystkiego mamy ten wszechobecny minimalizm. Małą ilość postaci, proste formy i proste przekazy. Film fabularnie nie jest odkryciem, ale nie jest przekombinowany. Jest najmilszą chwilą, która może nas spotkać w kinie od dłuższego czasu. Nie wychodzisz z filmu smutny, zakłopotany, czy może rozżalony. Historia bohaterów w żaden sposób Cie nie przygnębiła, mimo, dosyć nieszczęśliwego zakończenia. Jest zrobiony w taki sposób, że nasyca. Ja nie potrzebowałam więcej scen romansu, niesamowitych scen koncertowych czy kadrów z kapeluszem na pierwszym planie. To było to, w każdym calu. Wychodząc poczułam się jakbym spotkała miłość swojego życia. A na pewno filmową miłość. Czego chcieć więcej?
OCENA: warto, błagam idźcie!
Źródło zdjęcia: filmweb.pl

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze