Pan Oceanów dopłynął do brzegu

By 12/21/2018



Miałam bardzo duże oczekiwania idąc na ten seans. W końcu to był pierwszy mój taki poważny, przedpremierowy. Szkoda, że spóźniłam się na niego 20 minut, ale weszłam. Rozsiadłam się, założyłam dwie pary okularów i wpatrywałam się. Ze złego miejsca w kinie, ale jednak. Oczekiwałam w szczególności dobrego, superbohaterskiego kina, prawie takiego jak w Marvelu, a w szczególności takiego jakie DC pokazało w Wonder Women. Ale ikony nie da się zastąpić i nie da się nią stać przez dwa, trzy filmy. Każde Uniwersum wprowadzając nową postać na swoje podwórko dużo ryzykuje. Historia może się nie przyjąć, nie spodobać się, nie porwać serc i tym podobne. Jednak zwiastun "Aquamana" mówił nam, że będzie to całkiem dobre widowisko. I to ostatnie słowo, to słowo klucz tego tekstu. 

Pisałam o Uniwersum DC już z raz, przy okazji jego serialowych problemów. Fakt, są niskobudżetowe, mają okropne fabuły, obsadę, efekty specjalne. Tak wiele im brak, że w sumie tylko parę, mały rzeczy znajduję w nich dobrych. Nie brak natomiast Uniwersum kultowych postaci. Batman, Superman czy Wonder Women zapisali się na łamach popkultury już dawno temu. Wielu fanów także z łezką w oku wspomina film Tima Burtona "Batman", "Batman: Początek" Christophera Nolana czy "Wonder Women". Są to filmy z górnej półki - fabularnej, aktorskiej, efekciarskiej. Oczywiście, do Marvela są nie porównywalne. Mają w zupełności inny klimat. DC w ostatnich latach przeszło wielkie zmiany i postanowiono, że chcą być alternatywą dla kliszowych obrazów swojego konkurenta. Ten wyścig rozpoczęto bardzo dobrą kreacją "Wonder Women". Film zebrał świetne recenzje, zarobił miliony w box officach na całym świecie. Potem stworzono "Ligę Sprawiedliwości", która nie była nawet zła. Powiedziałabym, że wyszła całkiem dobrze. Wprowadzono tam nowe postacie, których historie zobaczymy w całości na wielkim ekranie. Postanowiono zacząć od Aquamana, króla Oceanów. 

W "Lidze Sprawiedliwości" postać Aquamana chyba najbardziej przypasowała wszystkim do gustu. Wielki, prawie dwumetrowy koleś. Cały wytatuowany, z długimi włosami, o posturze byka miał uratować świat. Dodatkowo - sypał śmiesznymi żartami i udawał imbecyla, co zawsze się wszystkim podoba. W jego własnym filmie przedstawiono historie już po "Lidze". Arthur - czyli Aquaman - to dziecko Królowej Atlantydy i Latarnika, typowy mieszaniec. Jego matka opuściła go, gdy był małym dzieckiem by wyjść za mąż i urodzić prawowitego dziedzica Atlantydzie. Gdy się jednak dowiedziano o jej związku ze śmiertelnikiem, oddano ją w ofierze obrzydliwym stworom. Ale dziecka pilnował jej wierny doradca i to on zapoznał go z historią zaginionego królestwa, nauczył walczyć trójzębem i przygotował do roli króla, którym ten miał zostać. Prawilnie, tak się nie stało, ale stał się on bohaterem. Walczył z piratami i ratował ludzi, żył sobie z ojcem w małej wiosce, upijając się z kolegami w barze. Aż w końcu odwiedziła go tajemnicza rudowłosa księżniczka z Atlantydy. Opowiedziała mu, że jego brat planuje wypowiedzieć wojnę lądowi, a tylko on może uratować oba światy, gdy zostanie jego królem. 

Historia tak dobra jak wszystkie inne. Nie mam jej nic do zarzucenia. Całkiem wciąga, ma swoje przyczyny, skutki i dobry finał. Nie zmienia to faktu, że twórcy szli bardzo utartymi szlakami. W każdym momencie, wiedziałam co będzie dalej. Tu tą walkę na pewno przegra, uda że nie żyje. W tej scenie, na pewno ją pocałuje. A tutaj to na bank go pokona. Film był nad wyraz przewidywalny. Nikt nawet na chwilę nie pokusił się na odrobinę ryzyka fabularnego. Sprawiło to, że wróciłam pamięcią do starych filmów Marvela, które toczyły się w ten sam sposób. Jednak z drugiej strony, pierwsze części często tak właśnie są prowadzone, by zaskoczyć widza w części drugiej. Co potem, jest różnie ocenianie. Co więcej - DC w końcu nie przyoszczędziło na efektach specjalnych. Mamy tam całe, dobre, slow motion. I to w dobrej dawce. Jak ostatnio czytałam, efekt ten nadużywany jest niepożądany, ale tu nie ma go aż tyle, co w nowy "Robin Hoodzie". Jest wiele dorobionych w komputerze scen, co widać, ale nie sprawia to wrażenia, że jest to oderwane od rzeczywistości. Gdy mamy mieć Atlantydę, to dostajemy ją - w całej jej okazałości, ze smakiem wykreowanej dzięki postępującej cyfryzacji. Jason Mamoa jako główna postać poradził sobie dobrze. Wyglądał w każdej scenie świetnie, chciało się na niego patrzeć, ale nie chciało się go słuchać. Czasami wychodził na totalnego wieśniaka i imbecyla, ale przypuszczam, że tak miało być. Brat Aquamana, Orm, grany przez Patricka Wilsona - wyszedł mu wyjątkowo drewniano. Ta postać miała jedną minę przez cały seans, więc cieszyłam się, że pojawił się tylko w kilku scenach. Reszta nie wyróżniała się niczym szczególnym.

Efekty były dobre, fabuła przeciętna, ale do zniesienia. Ale nie mogę przeboleć okropnej ścieżki dźwiękowej. Ktoś w Warner Bros zatrudnił chyba do tego stażystę, który musiał napisać ją sam. Co zrobił na kolanie. To "Czarna Pantera" udowodniła nam ostatnio, że dobrze dobrana ścieżka dźwiękowa jest niekiedy kluczowym sukcesem filmu. Ja przy scenach walk tam, chciałam skakać razem z nimi. Tutaj - bardzo fajne sceny walk, skoków, przejść do innych światów zostały opakowane okropną aranżacją. Najczęściej były to jakieś bębny, niewyjaśnione perkusje czy co gorsza - werble. Ckliwe momenty okraszono muzyką z lat 30 XX w, z filmu "Przeminęło z wiatrem". Dokładnie z tego. I nie jestem w stanie pojąć dlaczego. W końcu muzyka odgrywa bardzo ważną rolę w odczuwaniu przez nas scen i płynących z nich emocji. A oni położyli na to totalną laskę, jeszcze na dodatek serwując nam skrzeczącą panią podczas napisów. 

"Aquaman" nie jest arcydziełem. Jest dobrym widowiskiem, z okropną muzyką. Fakt, odnaleziono w tym Atlantydę, gdzieś na środku Oceanu Indyjskiego, jakbyście chcieli odwiedzić, ale to by było na tyle. Więc jeśli jesteście melomanami albo co gorsza nie lubicie tego typu połączeń - odpuścicie sobie seans, a poczekajcie aż będziecie mogli to obejrzeć w domu. DC goni Marvela, ale jest to bieg bardzo wolny. Fanfarów i oklasków nie będzie, przynajmniej na razie.

Ocena: warto, ale w domu

Źródło zdjęcia: comicon.com

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze