Jak okrutni są mężczyźni

By 1/28/2019



Bardzo tęskniłam za nowymi filmami kostiumowymi. Brakuje mi czasami takiej magii w naszych czasach, którą posiadały poprzednie stulecia. Innego stylu, innej polemiki. Poprzednim epoko towarzyszyły zupełnie inne dramaty, których my totalnie nie rozumiemy. I może też dlatego zawsze z wielką przyjemnością ogląda mi się nowy twór, który jest dobrze zrobiony. A to trudne, nawet w dobie rozszerzonych efektów specjalnych i dostępu do chińskiej siły roboczej. Niedawno swoją premierę miał film "Maria, królowa Szkotów". Nie jest to moja ulubiona historia, ale na pewno ma w sobie coś, co dopiero po seansie zauważyłam. 

Oglądaliście może serial "Nastoletnia Maria Stuart"? Nie? To nie róbcie tego. Kiedyś, zauroczona filmami kostiumowymi, stwierdziłam, że obejrzenie tego będzie świetnym pomysłem. Gdy skończyłam pierwszy sezon, stwierdziłam, że zrobił to ktoś totalnie ślepy, głuchy i bez mózgu. Przy filmach kostiumowych mam zwyczaj się wyjątkowo czepiać. Przede wszystkim o niuanse, które pojawiają się często. Wrzucanie wątków, które nie miały miejsca. Postaci, które nie żyły, albo co gorsza - zmartwychwstały. Nie wspomnę już o clu programu - kostiumach. Złe odwzorcowanie, mieszanie epok, wieków a czasami miksowanie danej epoki z naszą, obecną. To wszystko miało miejsce w wyżej wspomnianym serialu i wyszło wyjątkowo źle. Moje czepianie pewnie też wynika z tego, że jako dziecko kochałam historie. Miałam na półce lamerski Poczet Królów Polskich, historie rodu Tudorów czy leksykon z wiedzy o Rewolucji Francuskiej. I uwielbiam, jak wszyscy się trzymamy tego, co wydarzyło się naprawdę, zamiast odpływać w dziwne przestrzenie historii alternatywnej.  

Historia Marii Stuart, ostatniej królowej z rodu Stuartów jest bardzo niefortunna. Dziewczyna w wieku 5 lat została praktycznie sprzedana na francuski dwór w charakterze nowej małżonki dla pięknego delfina, Franciszka. Ten natomiast, ledwie rok po objęciu tronu umiera na zapalenie ucha. Biedna Maria nie może zostać dłużej na dworze francuskim, więc wraca objąć władze w Szkocji. Tam napotyka parę problemów - po pierwsze jest katoliczką, co w obliczu protestanckiej w większości Szkocji, Anglii i innych królestw, jest sporą przeszkodą. Słowo: tolerancja weszło do normalnych praktyk dopiero parę wieków później. Po drugie - ma 18 lat i jak dobrze wiemy, mimo bardzo dobrego wykształcenia, gówno wiedziała o świecie, a przede wszystkim o problemach Szkotów, z którymi nie miała do czynienia wiele lat. Po trzecie - na tronie angielskim zasiada jej kuzynka Elżbieta I, więc wszyscy spodziewają się wojny jajników o zjednoczenie królestw. Myślę, że po ostatnie - wszędobylstwo mężczyzn, którzy jeszcze nie do końca są zaznajomieni z sytuacją w której to kobieta ma ostatnie zdanie. Kobieta rządzi, kobietę trzeba czcić, kobieta ma zawsze rację. Królowa w tamtych czasach dbała o dwór, dwórki, była maszyną do rodzenia dzieci, a nie zajmowała się akceptowaniem strategii wojennej. I tutaj, Elżbieta i Maria musiały walczyć z tradycją. Jednej to wyszło lepiej, drugiej gorzej. 

"Maria, królowa Szkotów" to na pewno film pełny. Jesteśmy w stanie zobaczyć całą historię, bez żadnych zbędnych przekłamań. Bardzo zadbano o scenografię, kostiumy i wszystkie te szczegóły, które czynią film kostiumowy filmem magicznym. Nie brakowało w nim pięknych, odpowiadających tamtym czasom sukien z dzisiejszym "golfem", pięknych klejnotów czy pierwszych peruk. Nie brakło też cudownych zdjęć szkockich wzgórz, mimo, że kręconych w jednym lub dwóch konkretnych miejscach za każdym razem. W tej scenie gdy wyjechali po Elżbietę i w tej gdy udawali się na spacery - to zdaje się być to samo miejsce. Wnętrza zamku były surowe, jak na tamte czasy. Dobre było też to, że scenografia i kostiumy nie odciągały uwagi od fabuły, co w filmach kostiumowych często się zdarza. Bywamy czasami tak bardzo zaaferowani tym, co dzieje się w pokoju, że zapominamy, co dany gość powiedział. A tu fabuła zgrała się ze wszystkim. Przed seansem przeczytałam, że było strasznie patetycznie, formalnie i sucho. Dialogi nie kleiły się. Ja nie miałam takiego wrażenia. Patetyzm był spowodowany czasami, w jakie przenosi nas film, a nie źle napisanym scenariuszem. Fabuła była jasna. Poprowadzona od początku do końca, wyjaśniana widzowi od pierwszych chwil, tak by ten, się na żadnym etapie nie zgubił. Historia była skomplikowana, a tutaj wychodząc z kina miałam jasność. 

Jasność, o której w pierwszych chwilach zapoznawania się z tą historią, nawet nie pomyślałam. Bardzo ładnie reżyserka i scenarzyści pokazali to, czemu uległa młoda Maria. Chęci posiadania wszystkiego na raz - męża, dzieci, władzy i wiary. Z chęcią zjednoczenia wszystkich królestw. Jednak to pragnienie zwiodło ją na manowce. Saoirse Ronan w tej roli była świetna. Stworzyła prawdziwe oblicze Królowej - młodej dziewczyny, którą zwiodło grono głupich i zazdrosnych mężczyzn. Pięknie wtórowała jej Margot Robbie, która wykreowała moją ulubiona na dziś postać Elżbiety I. Mocnej, nieustępliwej, a jednak wrażliwej osoby. Fajne było także zastosowanie pewnych małych ozdobników w fabule. Była taka scena, w której sekretarz Marii przebiera się za kobietę i mówi, że nie powinien, że lekko się zagalopował. Po czym ona podchodzi do niego i mówi, że przy nich (dwórkach) może być kim zechce. To samo się tyczy tolerancji wobec wiary - na wiecu Maria mówi, że nie ważne w co dokładnie wierzysz, bo Bóg wszędzie jest ten sam. Miało to na celu na pewno zidealizowanie tej postaci, by nie wyszło, że jest jedynie zachłanną, głupią kobietą. W ostateczności okazało się, że padła ofiarą zazdrosnych mężczyzn. I nie dziw, że to facetów nazywają największymi plotkarami i spiskowcami, bo to oni swym okrucieństwem zrobili z Marii potwora tamtych czasów.

Mimo bardzo patetycznej formy, film uważam za udany. Jest dopracowany wręcz perfekcyjnie w tym wszystkim, co mogliśmy zobaczyć. Momentami, chyba nie domagało to, co mogliśmy poczuć. W końcu historia Marii Stuart nie jest popularna, ze względów historycznych. Historia nie uważała ją za żadnego męczennika, ale za rozkapryszonego bachora, który robił co i jak chciał. Ten film poddał tę ocenę pod moją wątpliwość. A mężczyźni na pewno nazwą go zbyt feministycznym. Ja natomiast wiem, że tak dokładnie miało być.

Ocena: Warto, idźcie moje drogie Panie
Źródło zdjęcia: vogue.pl

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze