Sodoma i Gomora

By 1/07/2019



Tak na początek roku, przypomnę Wam pewną przypowieść - o Sodomie i Gomorze. Były to dwa sąsiadujące miasta. W każdym z nich odbywały się orgie, suto zakrapiane imprezy, ludzie byli zachłanni, chciwi i gardzili wszelkim prawem. W końcu Bóg się wkurzył, chciał ukrócić im te wszystkie zabawy i zdecydował o zniszczeniu miast. Jednej rodzinie pozwolił uciec, ale nakazał im nie oglądać się za siebie, bo inaczej zamienią się w słup soli. Albo leciało to jakoś podobnie. Oglądając nowy film Paola Sorrentino „Oni”, od razu przypomniała mi się ta historia, bo fabuła taką właśnie Sodomę przypomina.

Jeszcze w poprzednim roku, oglądając zwiastun myślałam, że film będzie zabawny i naszpikowany historiami wprost z włoskiego „dworu” za rządów Silvio Berlusconiego. Jeśli ktoś nie wie, Berlusconi był trzykrotnie premierem Włoch w latach 90 XX oraz na początku XXI w. Do tego - był właścicielem telewizji, wydawnictw, księgarni czy banków co czyniło go nie tylko baronem medialnym, ale także najbogatszym człowiekiem w kraju. Wszyscy mówili o jego autorytarnych rządach, wielu perypetiach związanych z korupcją, powiązań z włoską mafią, jak i licznym defraudacjom. Silvio kochał też wszystkie kobiety świata. Nawet na któryś zajęciach na moich studiach, wykładowca plotkował o tym, z jakich suto zakrapianych imprez słynie Berlusconi. Wszystkie plotki złożyły się na dosyć mocny wizerunek premiera Włoch wśród międzynarodowej prasy, ale także i ludzi. Nie dziw, że w końcu powstał o tym film. Mimo, że twórcy już w pierwszych 30 sekundach zarzekają się że nic z przedstawionych rzeczy nie miało miejsca i jest jedynie inspiracją. Powiedzmy, że im wierze.

Jednak przejdźmy do twórczości Sorrentino, która jest dosyć specyficzna. Paolo tworzy filmy zawsze z przesłaniem, które wymagają od oglądającego sporo pomyślunku i uważnego oglądania. Jego „Wielkie piękno” czy serial "Młody Papież" oglądało mi się super, mimo że nie jestem fanką numer jeden takiego kina i serialu. I dlatego też spodziewałam się że „Oni” zostaną podani w podobnym klimacie i będzie mi się to oglądać dobrze. Myliłam się.

„Oni” to słodko gorzka opowieść o ludziach, którzy w tamtych czasach otaczali premiera Włoch. Zakładamy, że jest rok 2008. Berlusconi chce wrócić do władzy, do łask wszystkich tych, którzy już o nim zapomnieli. Jednak polityka jest tutaj na jakimś 10 miejscu wśród ważnych wątków, najważniejsze są kobiety. One wręcz przepadają za podstarzałym - 70 letnim - politykiem pragnąc jego atencji. Tak samo jego atencji pragnął Ci, którzy chcą z premierem ubijać interesy, wabią go właśnie tymi kobietami. Jednak do połowy filmu fabuła jest niejasna. Najpierw podana zostaje nam tajemnicza postać nazywana ciągle „on”, która chce być udobruchana przez agenta gwiazd, który specjalnie dla „niego” wynajmuje wille naprzeciwko i podaje wszystkim MDM. Po co, jakie interesy chce z nim ubić? Potem „on” zostaje uosobiony w postaci Silvio i wszystko, prawie, staje się jasne. Zaczyna się też wątek, w którym Silvio chce ratować swoje podupadłe małżeństwo. Przekupuje żonę kwiatami, karuzelami i wakacjami. Potem chce uratować swoje relacje z Państwem. Tylko wiele wątków wcale się nie kończy, wcale nie zazębia i nie przechodzi w następne. Jest to pocięte niemiłosiernie, przez co widzowie nie wiedzą o co chodzi i wychodzą z kina. Ba! Wychodzili już po pierwszym 15 minutach! Jednak mimo obserwowanie tych wszystkich szczęśliwych ludzi, dla których ten seans skończył się wcześniej postanowiłam podjąć wyzwanie i poznać sens stworzenia tego filmu. I jak tak teraz przypominam sobie "Młodego papieża" i rolę Juda Law, widzę, że Sorrentino chyba nie za bardzo lubi swojego kraju. Pokazuje w nim wszystkie te rzeczy, które w nim nie grają. Wychodzi na jaw populistyczny charakter życia głównego bohatera - z jednej strony owiany tajemnicą, obudowany murami, bo "on", a z drugiej - zakłamany luksus, leżący na bardzo drżącej podstawie z pieniędzy. Jeden niewłaściwy ruch i wszystko padnie w gruzach. Ale to tylko teoria, bo interpretacji tak nielogicznej fabuły może być wiele.

Wersja Włoska tego filmu trwa 4,5 godziny, ta podana w naszych kinach ponad 2,5h. Jak by tutaj tego filmu nie pociąć, nie składa się on w logiczną całość. Jednak - posiada piękne zdjęcia, obrazy wyjęte z Włoskiego „dolce vita”, miejsc które tak są nam dobrze znane z pocztówek oraz zdjęć Wujka Google. Kreacja postaci jest tutaj średnia - główny aktor Toni Servillo poradził sobie przeciętnie, w większości zapewne dzięki charakteryzacji, reszta aktorów drugoplanowych jedynie marnie mu wtóruje.

Film nie grał mi na żadnych emocjach, nie przywołał ani nie przypomniał niczego dobrego, mogłam jedynie na początku liczyć ilość cycków w kadrze (w jednym aż 46). Jest strasznie pocięty, nielogiczny przede wszystkim - nie prowadzi do niczego. Nie ma żadnej puenty ani niczemu nie nadaje większego sensu. Niestety, jest dokładnie tak jak w przypowieści - możecie wstąpić do Sodomy czy Gomory (czyli do kina), ale wychodząc z niej nie możecie się już wracać, bo zamienicie się w duży słup soli.

OCENA: darujcie sobie
Źródło zdjęcia: dante-amersfoort.nl

Mogą Ci się spodobać

0 komentarze